Strona główna Mapa Obliczenia, koszty
To był chyba jeden z mroźniejszych dni w lutym, kiedy tak siedząc przed komputerem i przeglądając się mapą samochodową wpadłem na pomysł, aby może w długi weekend majowy coś zorganizować a nie przesiedzieć go w domu. Początkowo myślałem tylko o wyjeździe do Budapesztu, ale tak patrząc stwierdziłem, że do Plitvickich Jezer nie jest już daleko. Słyszałem o nich trochę od znajomych, którzy tam byli.
Tak zmieniając i korygując plany, (czyli wydłużając drogę wciąż o nowe miejsca) wyszedł mi całkiem „niezły” wyjazd.
Wziąłem się ostro za przygotowania. Z powodu małej ilości czasu, jaki mogliśmy poświęcić na ten wyjazd tempo zwiedzania i przejazdów musiało być duże.
Udałem się do biura podróży gdzie przedstawiłem mój wstępny plan podróży, prosząc o doradzenie i zorganizowanie noclegów. Muszę stwierdzić, że początek marca był ostatnim dzwonkiem, kiedy jest jeszcze jakaś szansa na zorganizowanie tanich i dobrych noclegów na majowy weekend. Dzięki sympatycznej pani udało mi się wybrać hotel w Budapeszcie i Chorwacji.
Budapeszt
Nocleg w Budapeszcie padł na hotel „Griff Junior” przy ulicy Bartok Bela. Za dwie osoby ze śniadaniem zapłaciliśmy 8312 Forintów. Istnieje możliwość skorzystania z parkingu strzeżonego za 1500 forintów. Hotel klasy hmm turystycznej. Nic mu nie można zarzucić. Czysto, łazienka, telewizor (chyba dwa kanały działały). Ale nawierzchnia ulicy Bartok Bela pamiętała chyba śp. Franciszka Józefa. „Kocie łby” i do tego bardzo często brakuje kamienia. Można sobie wyobrazić, co się dzieje, gdy koła wpadają w taką dziurę. A trzeba zaznaczyć, że kamień użyty do wybrukowania jest ok. dwa razy większy od tego, który stosuje się w Polsce. Najlepszym sposobem przejechania tej ulicy jest wjechać na torowisko dla tramwajów. Uwaga tylko na nadjeżdżające tramwaje.
Jazda samochodem po Budapeszcie nie jest najlepszym pomysłem i dlatego do centrum udaliśmy się piechotą. Do cytadeli droga zajęła nam ok. 0,5 godziny.
Stamtąd zaczęliśmy zwiedzanie Budapesztu, od widoku na panoramę miasta. Mieliśmy na to pół dnia (wiem, nie za dużo).
Teraz może trochę o dojeździe do Budapesztu. Wyjechaliśmy o 5:00 rano we wtorek. Trasa wiodła przez przejście w Barwinku, to z tego względu, że musiałem po drodze wstąpić do rodzinki w tamtym rejonie. Ale w trakcie jazdy okazało się, że nie był to zły pomysł, bo na Zakopiance do Chyżnego były podobno straszne korki. A w Barwinku na granicy zbawiliśmy raptem 1 godzinę L. Przez Słowację jechaliśmy prosto do granicy węgierskiej.
Tak zastanawiałem się jak to będzie na granicy z Węgrami, bo różne słyszałem opinie o tamtejszych służbach granicznych. Okazało się, że było bardzo przyjemnie – celnik nawet zwracał się do nas po polsku. Oczywiście przed granicą węgierską zatankowaliśmy do pełna, bo na Węgrzech drogo, (co do dokładnych kosztów odsyłam do tabelki z kalkulacją cenową). Do Budapesztu jechaliśmy bocznymi drogami (nr 30) nie autostradą M3, która jest płatna. Jak się złapie jakiegoś „zająca” to można jechać tak z prędkością 130 km/h. Tak patrząc z kalkulacji czasowej to nie wiem czy dużo byśmy nadrobili jadąc autostradą. W Budapeszcie jeździ się dosyć znośnie, z tym, że stan nawierzchni to coś jak w polskich miastach. I jeszcze należy pamiętać o takiej regule, że zazwyczaj jest zakaz skrętu w lewo. Do Budapesztu dotarliśmy około godziny 13:00. Po zakwaterowaniu i rozpakowaniu udaliśmy się na miasto.
Nie będę tutaj rozpisywał się na temat samego Budapesztu (zdjęcie), bo napisano o tym tysiące dużo lepszych przewodników i publikacji. Powiem tylko, że warto jechać, jeżeli ktoś nie był. Szczególnie, że nie jest daleko od polskiej granicy (zdjęcie).
Do hotelu wróciliśmy ok. 22:00, po drodze jedząc kolacjo-obiad w knajpce i wstępując do pubu na jedno piwo. Akurat leciał mecz w telewizji (o ile mnie pamięć nie myli to Real Madryt z kimś tam w Lidze Mistrzów).
Ceny są trochę większe niż w Polsce, jeżeli chodzi o jedzenie i piwo. Paliwo również.
Po powrocie do hotelu okazało się, że jest pełny i to przeważnie sami Polacy z różnych zorganizowanych wycieczek właśnie na długi majowy weekend. Poszliśmy spać po długim wyczerpującym dniu; następnego dnia czekała nas droga do Chorwacji.
Rano o 8:00 pobudka, szybkie śniadanie (standardowe, tak jak w każdym przeciętnym hotelu), spakowanie i wyjazd 9:30 w kierunku Chorwacji. Tu skorzystaliśmy z autostrady M7, która nie jest płatna, z tym, że w większości są odcinki zwężające się do jednego pasa z powodu robót drogowych. Po minięciu Balatonu robi się już znacznie puściej na drodze i czym bliżej granicy to przeważają ciężarówki jadące w stronę granicy. Na granicy pusto, standardowa kontrola, pytanie dokąd i na jak długo.
Chorwacja
O 12:30 byliśmy w Chorwacji. Pierwsza uwaga – paliwo jest w takiej samej cenie na wszystkich stacjach, więc nie ma sensu szukać, że znajdzie się jakąś tańszą.
Jakieś 12 km od granicy, jeżeli ktoś chce zaoszczędzić trochę grosza można zjechać z autostrady na drogę nr 3 i jechać do Zagrzebia wzdłuż autostrady. Przed Zagrzebiem w miejscowości Popovac wjeżdżamy na autostradę (koniec płatnego odcinka) i tym sposobem zaoszczędzamy trochę grosza. Ktoś powie, że dłużej się jedzie. Nie wiem, ale Chorwaci raczej jeżdżą szybko. Licząc, że na trasie z granicy do Karlovaca jest 170 km i połowę drogi przejechaliśmy nie autostradą (do Zagrzebia), a połowę autostradą nr 3, w 2 godziny, gdzie na autostradzie nie przekraczałem 130 km/h to chyba nie jest zły czas.
Tak jak pisałem po minięciu Zagrzebia obwodnicą i zjechaniu na autostradę nr 3 dotarliśmy do Karlovaca na godzinę 14:30. Tam mały postój na stacji benzynowej, zatankowanie (paliwo tańsze niż na Węgrzech). Potem drogą nr 23 do Senj. Trzeba lubić takie drogi – brak pobocza, prawie cały czas ciągła, do góry i z góry, zakręt za zakrętem.
Kierowcy chorwaccy jeżdżą bardzo agresywnie (podobnie do Włochów) i zdecydowanie. Wyprzedzają w każdym możliwym (i nie możliwym) miejscu nie patrząc czy na jezdni jest linia ciągła i czy jest zakaz wyprzedzania. Wyprzedzany trzyma się prawej strony i zwalnia, aby ułatwić wyprzedzanie. Nie spotkałem się z zachowaniem, jakim można spotkać np. na polskich drogach, że wyprzedzany potrafi przyśpieszyć. Spotkałem się z opinią, że policja w Chorwacji trochę patrzy przez palce na zagranicznych kierowców (nie dotyczy sąsiednich państw), jeżeli chodzi o łamanie przepisów. Oczywiście nie do przesady. I nie jest to regułą, więc lepiej uważać.
O godzinie 17:00 jesteśmy w Senj (zdjecie hotelu). Jest to małe miasteczko położone pomiędzy górami a Adriatykiem. Przebiega przez nie nadmorska droga „magistrala adriatycka” (Jadranska cesta). Jest to główna droga łącząca nadmorskie miejscowości. Mieliśmy wykupione dwa noclegi ze śniadaniem i kolacjo-obiadem. Sama miejscowość jest warta wieczornego spaceru, ale głównie służyła za bazę wypadową do zwiedzania.
Następnego dnia o 8:00 po śniadaniu wyjazd do głównego celu naszej wyprawy w Chorwacji – „Plitvickie Jezera”. Jedziemy z powrotem drogą nr 23 następnie 50 i skręcamy w 52. Po drodze mamy okazję przejeżdżać przez miejscowości, w których czas jeszcze nie zatarł śladów wojny z lat ’90 (zdjęcie). Niektóre wsie wyglądają na opuszczone, czasami widać, że zamieszkane są dwa trzy domy i to przez starszych ludzi. Wiele domów posiada ślady ostrzelania artyleryjską lub z broni maszynowej.
Dojeżdżamy do drogi nr 1 i skręcamy w stronę Karlovaca.
W Plitvickich Jezerach są dwa parkingi (bezpłatne) i dwa wejścia (mapka). Cena biletu 70 kn (w tym przejazd wewnętrznym autobusem i przepłynięcie statkiem największego jeziora). Moja propozycja, aby zwiedzanie rozpocząć od wejścia nr 1 (tego bliżej Karlovaca) i potem są dwie wersje
1) wjechać na samą górę autobusem i schodząc w dół zwiedzać – łatwiej schodzić niż wchodzić
2) zwiedzanie zacząć od dołu od najpiękniejszych widoków z tym, że cała droga jest w górę a potem można zjechać na dół autobusem.
Pierwszy wariant ma tą zaletę, że schodzimy w dół, ale wadą jest to, że pod koniec możemy być zmęczeni – a najpiękniejsze widoki są właśnie na dole (zdjęcie, zdjęcie, zdjęcie).
Drugi ma tę wadę, że idziemy stale pod górę (nie są to żadne góry czy wzniesienia, ale jednak…). Zaletą jest to, że to, co najpiękniejsze nie ujdzie naszej uwadze ze względu na zmęczenie.
Do Plitvickich Jezer proponuję przyjechać rano. Na trasie jest wtedy mniej ludzi (zdjęcie) i przyjemniej dzięki temu się zwiedza. Gdy opuszczaliśmy Park ok. godz. 13:00, przed kasami stała dłuuuuga kolejka po bilety. Jak ci wszyscy ludzie wejdą na te wąskie ścieżki to naprawdę czasami chyba zamiast podziwiać widoki trzeba bardziej walczyć o drogę.
Nasyceni wspaniałymi widokami udaliśmy się drogą nr 1 a następnie 27 i 8 do Zadaru. Ładne stare miasto (zdjęcie), pełne urokliwych uliczek (zdjęcie), zaułków czy starych budowli. Gdzieś czytałem, że początki sięgają IV w p.n.e. Potem bardzo długo było pod panowaniem Rzymian. Stare miasto znajduje się na półwyspie otoczone murami. Wokół półwyspu biegnie droga. Jest tam dużo miejsc do zaparkowania. My byliśmy od 14:30 i nie płaciliśmy za miejsce parkingowe. Z tego, co pamiętam chyba od 14:00 nie pobiera się opłat (piszę o parkometrach a nie o parkingach strzeżonych).
Chętnie zostałoby się dłużej, ale musieliśmy zdążyć na kolację. I tak jadąc magistrala adriatycka dotarliśmy do Senj ok. 19:30 (do 20:00 były wydawane posiłki).
Sobota, czas pomyśleć o powrocie do domu. Po drodze (hmm, ciężko to nazwać po drodze) myślimy jeszcze zobaczyć Pulę z pięknym rzymskim amfiteatrem (zdjęcie). Wyjazd z Senj 8:45 i drogą nr 8 jedziemy w kierunku Rijeki. Szczególnie niezapomnianych widoków dostarcza przejazd wokół zatoki przed Rijeką. W Rijece trzeba uważać, jeżeli chce się jechać do Puli drogą nr 21, aby nie dać się wmanewrować na autostradę a następnie na drogę nr 3, gdzie jest płatny przejazd przez tunel. Droga nr 21 jest malowniczo położona wśród gór i na pewno dostarczy niezapomnianych wrażeń.
W Puli (godzina 12:15) parkujemy na parkingu strzeżonym (4 kn za godzinę) i idziemy zwiedzać miasto. Chyba jednym z najpiękniejszych zabytków jest amfiteatr z czasów rzymskich. Wejście uprawniające do zwiedzania muzeum kosztuje 16 kn. Jeżeli kogoś nie interesuje muzeum a chce zobaczyć tylko samą budowlę to można iść w lewą stronę od wejścia i przejść wzdłuż muru na tył. Umożliwia to zobaczenie całej budowli z góry bez konieczności uiszczania opłaty.
Wjeżdżając do miasta stwierdziłem, że będziemy musieli uzupełnić paliwo. Myślałem, że żaden problem, podjeżdżam do stacji, którą widziałem przy wjeździe do Puli. Tu rozczarowanie – benzyny brak. Na moje pytanie ile trzeba czekać pada odpowiedź 2 godziny. Trochę długo, w Polsce ostatnio raczej z czymś takim się nie spotkałem i trochę mnie to zaskoczyło. Pracownik na siłę chciał mnie namówić na „ołowiową” i na nic nie zdały się moje wyjaśnienia, że posiadam katalizator. Po moich pytaniach gdzie jest najbliższa stacja okazało się, że jest jeszcze jedna oddalona o około 3 km przy wyjeździe na północ w stronę Słowenii (droga nr 3). Jedziemy do niej. I konsternacja – tu też brak benzyny. Kolejka kilku samochodów, ale cysterna ma przyjechać za „chwilę”. Nie pozostało nam nic innego jak czekać. Jaka jest różnica w podejściu do klienta do interesu gdy jest konkurencja (w Chorwacji wszystkie stacje są jednego – państwowego – koncernu), Pula przecież nie takie małe miasto i tylko dwie stacje i jeszcze na obydwóch brak paliwa. Dobrze, że w Polsce jest inaczej.
O 15:30 opuszczamy Pulę z pełnym bakiem i kierujemy się drogą nr 3 z powrotem w stronę Rijeki. Tam wjeżdżamy na autostradę (płatną), która stanowi również obwodnicę miasta i jedziemy na Karlovac i Zagrzeb. Autostrady jest tylko krótki odcinek, a następnie przechodzi ona w zwykła dosyć krętą i górską drogę. Ruch jest dosyć duży, zaczyna mżyć deszcz, więc o jakiś szaleństwach i wyprzedzaniu raczej należy zapomnieć. Przed Karlovaczem jest oddany kawałek płatnej autostrady, który łączy się z autostradą do Zagrzebia. Od tego momentu jedziemy tą samą drogą, którą jechaliśmy do Senj. Po minięciu Zagrzebia tak jak poprzednio zjeżdżamy z autostrady i jedziemy boczną drogą do granicy z Węgrami. Przed granicą tankujemy za ostatnie drobne kuny paliwa (5 l ) tak aby starczyło na dojazd do Słowacji w której benzyna jest najtańsza. Granicę przekraczamy szybko i sprawnie bez zbędnych opóźnień (godzina 19:30).
Po minięciu Budapesztu droga w stronę granicy Słowackiej jest prawie pusta. Wjeżdżając na granicę jesteśmy jedynym samochodem osobowym. Za to autokarów tyle, że trudno policzyć. Myśleliśmy, że mamy szczęście i szybko przejdziemy odprawę. Celnik słowacki okazał się jednak bardzo dociekliwy. Po obejrzeniu bagażnika, w którym była tylko jedna torba podróżna z ubraniami, kazał nam zjechać na pobocze. No i zaczęło się, sprawdzanie nawet pasków od torby (co on tam chciał znaleźć to nie wiem), rozkręcanie aparatu fotograficznego, przeszukanie wszystkich schowków. Z początku mnie to nawet bawiło, bo wiedziałem, że kompletnie nic nie mam, do czego mógłby się przyczepić. Ale gdy zaczął się przymierzać do demolowania deski rozdzielczej to trochę zacząłem protestować. Nie wiem czy to coś poskutkowało, ale trochę spuścił z tonu. Po wysprzątaniu rękami wszystkich kurzy z pod siedzeń i we wnękach bagażnika (dobrze mu tak) kazał się zapakować i odjeżdżać. Pozostawił tylko w mojej świadomości opinię, jaką będę miał o słowackich celnikach. Wiem, że nie należy generalizować, ale tak w podświadomości zostaje. Dokładnie o północy opuszczamy z niesmakiem granicę i po zatankowaniu na full jedziemy w stronę Chyżnego. Jak w nocy wygląda Słowacja to chyba większość zna. Wymarłe państwo, z rzadka mijany samochód i tym sposobem w trzy godziny jesteśmy na granicy z Polską. Tu, chociaż normalnie i o godzinie 4:10 meldujemy się w Krakowie pod domem.
W podsumowaniu napiszę tylko, że wycieczka była ekstra warta była wcale nie dużych nakładów finansowych.
Kogoś może dziwić bardzo małe spalanie paliwa. Rzeczywiście tak niskiego zużycia nie zdarza mi się osiągnąć zbyt często, ale zwalam to na karb tego, że samochód nie był dociążony, brak bagaży, tylko dwie osoby.
Zapraszam do Galerii