Strona główna Mapa Obliczenia, koszty
Dojazd
Pomysł, aby jechać do Hiszpanii na wakacje zrodził się w zimie, gdy byliśmy u kuzyna. Stwierdziliśmy, że można by było wybrać się we trójkę do Hiszpanii na wakacje - moja dziewczyna kuzyn i ja. Oczywiście dojazd tylko we własnym zakresie. Taki nam najbardziej odpowiada. Daje dużą swobodę w przemieszczaniu możliwości zwiedzania we własnym tempie. Pobyt w Miami Platia (za Taragoną) załatwiliśmy w polskim biurze i przy okazji poprosiłem miłą panią o znalezienie taniego hotelu gdzieś w okolicach Nicei na jedną noc. No i jest - w samej Nicei. Hotel Premiere za 130 Franków na trzy osoby bez wyżywienia. Na złotówki to wychodzi jakieś 40 zł na głowę. Nawet tanio.
Oczywiście jak w większości południowych krajów sezon kończy się w ostatni tydzień sierpnia i taki termin wybraliśmy.
Wyjazd z Krakowa 16:00 w czwartek do Kłodzka, tam postój godzinkę, kolacja u rodzinki i spakowanie kuzyna. (zdjęcie). O dziewiątej wieczorem byliśmy na granicy w Kudowie, szybka odprawa i dalej w drogę. W Czechach oczywiście nie można zapomnieć o naklejce na autostradę – 100 koron. Kierowaliśmy się na Pragę i dalej na Rozwadow do granicy z Niemcami. Przed granicą jest stacja benzynowa, warto zatankować jest taniej niż w Niemczech (30 koron, trochę drożej niż w centrum kraju). Z Krakowa mieliśmy już 697 km, była 1:20 w piątek. Potem przez Monachium do Lindau, Bregenz i jesteśmy w Szwajcarii. Szwajcarzy jak to Szwajcarzy lubią się czepiać. Mi sprawdzali prawo jazdy (starego typu) pod mikroskopem. Nie wiem czego on tam szukał. Była 6:00 rano i kolejne 460 km. W Szwajcari kolejna nalepka na autostradę – 40 franków. Jeżeli jedzie się na Como to warto wjechać na przełęcz S. Bernardino. Należy przed wjazdem do tunelu zjechać z autostrady w prawo i wąską drogą wjechać na szczyt. Droga jest tak kręta i wąska że na niektórych zakrętach trzeba je brać na całej szerokości drogi. Przed tym manewrem należy spojrzeć w górę czy akurat nikt nie jedzie z przeciwka. O barierkach ochronnych można zapomnieć. Ale jakie widoki (zdjęcie) Taka rada – nie zatrzymywać się pod ostrymi wjazdami z obciążonym samochodem. Można później przy ruszaniu nieźle nadpalić sprzęgło. Na samym szczycie jest jeziorko, mały parking (zdjęcie). A potem długi ostry zjazd prawie do samego Como.
Przed granicą z Włochami godzinny postój. Jest tam dużo stacji benzynowych więc nie ma z tym problemu – jest 9:10 i kolejne 235 km. Jestem już na nogach od przeszło 24 godzin, ale nawet nieźle się trzymam. Szybkie obliczenia kursu Franka (a był wtedy bardzo niski) i dochodzimy do wniosku, że warto zatankować w Szwajcarii. Wychodziło taniej niż we Włoszech (1,40/l – 2,5 za Franka).
We Włoszech autostrady są oczywiście płatne. Płaci się na bramkach, które są rozmieszczone na autostradzie ewentualnie na zjazdach. Na niektórych bramkach pobiera się tylko bilet, gdzie jest zaznaczony wjazd a opłatę uiszcza się przy zjeździe.
Do Mediolanu jedziemy autostradą (A9), potem obwodnicą (A50) i wjeżdżamy na A 7 w kierunku na Genue. W okolicach Mediolanu a szczególnie na obwodnicy panuje dosyć duży ruch i trzeba się liczyć z ewentualnymi korkami. W połowie drogi między Mediolanem a Genuą jest autostrada łącząca A 7 z A 29. Dzięki temu można ominąć Genue i większego natężenia ruchu.
Autostradą A 29 docieramy do wybrzeża. Po przekroczeniu Alp słońce zaczęło już nieźle przypiekać, mimo wczesnej pory. Na wybrzeżu włączamy się w A 10 którą docieramy do do Savony. W Savonie zjeżdżamy z autostrady i dalszą drogę zamierzamy przebyć SS1. Całość autostrady od granicy do Savony kosztowała 22 500 lirów tj. ok. 50 zł. Droga SS1 jest to pięknie położona trasa ciągnąca się wzdłuż wybrzeża (zdjęcie), poprzecinana mnóstwem tuneli i z baardzo dużą ilością zakrętów. Jeżeli ktoś zdecyduje się jechać tą drogą musi być przygotowany na bardzo duży ruch samochodów. A w miastach, których po drodze mijamy bardzo dużo przeciskających się w każdy możliwy (lub nie możliwy) sposób kierowców skuterów i pieszych. Po drodze przejeżdżamy m.in. przez znane San Remo, Monte Carlo, w którym warto zatrzymać się. Można również najpierw pojechać do hotelu w Nicei i potem wrócić do Monte Carlo i zwiedzić go wieczorem
Do Nicei docieramy ok. 17:00 – ok. 1600 km. Znalezienie hotelu nie nastręczało problemów. Mieści się on przy głównej drodze – Promenada Anglików – w pobliżu lotniska. Bliskość lotniska nie nastręczała żadnych problemów – żadnego hałasu. Zresztą byliśmy już trochę zmęczeni i jedyną rzeczą, o jakiej człowiek myślał to była chęć umycia się. Miłym zaskoczeniem był fakt, że w pokoju była klimatyzacja. Hotel okazał się dosyć popularny wśród Polaków. Późnym wieczorem zauważyłem dwa autokary z Polski. Z rozmowy z kierowcami okazało się, że również jadą do Hiszpanii.
Człowiek jednak po kąpieli i krótkim odpoczynku w klimatyzowanym pomieszczeniu „wraca” do życia. Wybraliśmy się więc na miasto.
Promenada Anglików biegnie wzdłuż wybrzeża i jest to ulubione miejsce spacerów. Biegnie ona od lotniska aż do centrum miasta. Na plaży natknęliśmy się na punkt werbunkowy do Legii Cudzoziemskiej (to tak jak by ktoś miał ochotę). Warto również przejść się po starym mieście.
Rano o 6:00 pobudka. Śniadanie z własnych zapasów i ok.. 6:30 wyjeżdżamy z Nicei drogą nr N98 lub N7. Jest to ta sama droga. Dopiero za Canne rozdzielają się. N98 biegnie dalej wzdłuż wybrzeża a N7 odbija bardziej na północ w kierunku autostrady A8. Za Frejus mimo założenia, że raczej nie korzystamy z autostrad ze względu na cenę i chęci zobaczenia czegoś więcej niż „autostrady”, wjeżdżamy na A8. Skorzystanie z autostrady było podyktowane tym, aby uniknąć jazdy w pobliży Tulon i Marsylii, gdzie na pewno panuje duży ruch, a nie mogliśmy pozwolić sobie na zbytnie tracenie czasu. Z Nicei do Miami Platja mieliśmy ok. 950 km i musieliśmy się „zameldować” na miejscu do 20:00.
Autostradą jedziemy do Aix –en –Provence co kosztuje ok. 53 F (32 zł) za 100 km. Tam skręcamy w autostradę A 51 i A55 (nie płatne), która przechodzi w N 568 i łączy się z A 54.
W okolicach Martigues dolewamy paliwa. Jeżeli chce się zatankować tańszą benzynę (a różnica bywa do 1 F), to najlepiej tankować na stacjach położonych przy centrach handlowych. Najdroższa bywa na autostradach.
Po minięciu Arles nadal jedziemy bocznymi drogami wzdłuż wybrzeża: N572, N979, D62, D59, N112.
Koło Montpellier i po minięciu Sete droga prowadzi wzdłuż grobli, gdzie mamy morze po lewej i prawej stronie. Można podziwiać stada różowych flamingów brodzących w wodzie. W ogóle widoki są piękne. W Beziers wjeżdżamy na N9, która dojeżdżamy już do samej granicy Hiszpańskiej.
Gdzieś tak od Montpellier upał daje znać o sobie. Po wyciągnięciu ręki na zewnątrz w czasie jazdy ma się wrażenie, że się ją wsadziło do rozgrzanego piekarnika. Mimo, że to już ostatnie dni sierpnia. Przed granicą z Hiszpanią piłem najdroższą Colę w życiu – 46,5 F (ok. 28 zł) za puszkę – kupioną na stacji benzynowej.
Na granicy Hiszpańskiej meldujemy się o 15:10 – trzymamy czas według planu. Po przekroczeniu granicy przez ok. 10-20 km ciągną się po jednej i po drugiej stronie drogi stacje benzynowe. Spowodowane jest to dużą różnicą cenową benzyny między Francją i Hiszpanią (czasami dochodzi do różnicy 1 zł na litrze).
Po przekroczeniu granicy nadal jechaliśmy wzdłuż autostrady drogą N11, aż do Barcelony. Jeżeli jednak ktoś jedzie dalej za Barcelonę warto w pewnym momencie wjechać na autostradę A7 lub biegnąca wzdłuż niej drogę C251. Jazda N11 wzdłuż wybrzeża nie należy do przyjemności. Jest zatłoczona, ciągną się cały czas miejscowości wypoczynkowe, pełno skrzyżowań ze światłami. Sama Barcelona w sobotę - był to dzień, w którym przyjechaliśmy – była stosunkowo pusta. Ponieważ popełniliśmy ten błąd, że przed Barceloną nie zjechaliśmy z N11 mieliśmy małe opóźnienie. Przy wyjeździe z miasta gdzie stanęliśmy zatankować okazało się, że mamy przed sobą ok. 150 km i jest godzina 19:00. Na miejscu musieliśmy być do 20:00. Nie było innego wyjścia tylko wjechać na autostradę A16 i A7 i przycisnąć trochę gazu, aby zdążyć na czas. Do Miami Platia wjechaliśmy o 19:55. Wjeżdżając do miasteczka zadzwoniliśmy na wszelki wypadek, aby był ktoś w biurze i ewentualnie poczekał na nas. Nie było z tym problemu. Stwierdzili, że dzisiaj są przyjazdy więc i tak dłużej siedzą w biurze bo mają więcej pracy.
I tak po dwóch dniach i przejechaniu 2 750 km dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Byliśmy mile zaskoczeni mieszkaniem a szczególnie widokiem z tarasu (zdjęcie). Do morza mieliśmy ok. 50 m, nad brzegiem znajdował się również basen (zdjęcie). Jest to dobry pomysł, bo czasami chce się solidnie popływać, a na basenie jest to przyjemniejsze niż na morzu pełnym fal.
Po zrobieniu szybkiego obiadu (z zapasów przywiezionych z domu), wzięciu odświeżającego prysznicu udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.
Dosyć zaskoczony byłem rankiem następnego dnia. Obudziłem się ok. 8:00 rano i tak patrząc z łóżka przez okno stwierdzam, że jakoś tak nie widać słońca. Pomyślałem: no tak, wczoraj jak jechaliśmy to była „lampa” nie do wytrzymania a dzisiaj w pierwszy dzień wakacji od razu popsuła się pogoda. Wychodzę na taras i patrzę a słońce jest nisko, dopiero wstaje za horyzontu. Przypomniałem sobie wówczas, że przecież jesteśmy dobry kawałek drogi na zachód od domu a czas wg zegarka jest ten sam. Według położenia geograficznego ok. 20 st. na zachód, co daje opóźnienie o ponad godzinę (15 st. to 1 godzina). Za to zachód słońca był podobnie jak u nas na przełomie czerwca i lipca – ok. 21:00 – 22:00 – chociaż był to początek września.
Andora – jak wiadomo strefa wolnocłowa, więc trzeba jechać na zakupy - wyjeżdżamy wcześnie rano – 6:00. Jeszcze jest „szaro”. Zawsze wyjazdy planowaliśmy tak aby na miejsce przeznaczenia przyjeżdżać ok. godziny 8:00 gdy jest już jasno, ale nie ma jeszcze upału. Po godzinie 12 upał staje się nie do zniesienia i wszelkiego rodzaju zwiedzanie kwalifikuje się jako „masochizm”. Jedynym rozsądnym miejscem w tych godzinach jest zacieniony pokój, nawet plaże pustoszeją.
Wyjechaliśmy drogą N 340 biegnącą wzdłuż wybrzeża a potem C 240 na Reus i Montblanc. W miarę posuwania się na północ krajobraz staje się coraz bardziej górzysty (zdjęcie).
Przed Andorą w Seo de Urgel skręcamy N 260 w kierunku Francji. Celem naszym jest wyjechać do Francji a następnie drogą N20 i N320 wjechać do Andory. Dzięki temu przejedziemy przez najwyżej położoną przełęcz drogową w Pirenejach ( 2 408 m n.p.m.). Zdjecie przedstawia parking na samej przełęczy. W tym samym czasie na chwile odpoczynku zatrzymali się ludzie we wspaniałych starych samochodach (zdjęcie). Na przełęczy mimo dużej wysokości i wczesnej pory było dosyć ciepło (25-30 st). Pasło się również dużo koni, które podchodziły do ludzi parkujących na parkingu, chyba w celu wyłudzenia czegoś do jedzenia (cukru?).
Z przełęczy jedzie się ok. 30 km w dół do stolicy - Andorra la Vella. Po drodze mija się kilkanaście wiosek, skupisk domów gdzie zawsze można znaleźć duży sklep, głównie z alkoholem.
W samej stolicy jest trochę problem ze znalezieniem miejsca do zaparkowania. Blisko centrum jest duży parking (płatny). Niestety tutaj również trzeba zrobić kilka „rundek” zanim „upoluje” się jakieś wolne miejsce. O parkowaniu na poboczu ulicy raczej można zapomnieć.
Jednym z głównych celów przyjazdu do Andory była chęć zakupu aparatu fotograficznego. W zasadzie co drugi sklep to sklep z alkoholem lub sprzętem elektronicznym i fotograficznym. Różnica na aparatach fotograficznych w porównaniu do cen polskich wynosi ok. 30%. Czyli czym droższy aparat tym więcej zarabiamy. Warto przy większej transakcji potargować się. Ja za aparat, który w Polsce kosztował ok. 2 tyś zł zapłaciłem wraz z torbą na niego i dwoma filmami w przeliczeniu ok. 1400 zł. Jedyną niedogodnością jest to że instrukcja była tylko po Francusku i Hiszpańsku (po powrocie do Polski załatwiłem polską). No i gwarancyjne naprawy tylko na terenie UE.
Jeżeli chodzi o alkohole (typu whisky, burbon itp.) nie ma dużej różnicy w stosunku do cen jakie są w dużych sklepach w Hiszpanii. Oczywiście, co do polskich cen różnica była kolosalna.
Po zjedzeniu lunchu (ok. 30 zł na osobę - zdjęcie) wracamy na kwaterę. Nie zapominamy zatankować do pełna benzyny, która jest tu dosyć tania – 2,90 zł/l.
W Reus w supermarkecie robimy zakupy – żywnościowe- na dwa tygodnie i wracamy na kwaterę no i oczywiście na plaże.
Od Taragony byliśmy oddaleni tylko 40 km, więc w któryś dzień wybraliśmy się w celu zwiedzenia tego starożytnego miasta. Trzeba wiedzieć, że Taragona za czasów „rzymskich” była stolicą tej prowincji. Do dziś zachowały się tu zabytki z czasów rzymskich. Niektóre z nich znajdują się na przedmieściach (akwedukt)
Samochód udało nam się zaparkować na ulicy nie płacąc. Następnie udaliśmy się na zwiedzanie starówki, wykopalisk z czasów rzymskich.
Do akweduktu, po Hiszpańsku zwanym El Pont del Diabla trzeba jechać drogą N 240 w kierunku na Valls. Należy uważać, aby po minięciu autostrady nie zajechać za daleko. Oznakowanie jest fatalne, dosłownie mała tabliczka i wąska polna dróżka prowadzi na zaimprowizowany parking położony między drzewami. Następnie trzeba podejść kawałek na piechotę i naszym oczom ukazuje się wspaniały widok (zdjęcie). Można wejść na niego, ponieważ bramka zagradzająca jest (był) wyłamana (zdjęcie).
Tortosa
Do najciekawszych budowli zaliczyć można – katedrę z XII w. i stary zamek z którego rozpościera się widok na całą dolinę i miasto (zdjęcie). Warto również pospacerować po starówce pełnej wąskich uliczek i starych kamienic. My akuratnie trafiliśmy na festiwal kapeli ludowych. W celu reklamy po mieście chodziły grupki muzyków i co chwilę przystawali i grali dla przechodniów.
Barcelona i Monserrat
Wyjeżdżamy wcześnie rano. Jedziemy N 340. Niedaleko Barcelony skręcamy na N 11 na północ. Następnie w C 1411 i BP 1121, którą docieramy na górę Montserrat, gdzie mieści się klasztor (zdjęcie) z figurą Czarnej Madonny, rzekomo ukrytej tutaj przez św. Piotra. Już sam dojazd stanowi nie lada satysfakcje z powodu pięknych widoków (zdjęcie). Sam wjazd na parking pod klasztorem jest płatny. Aby tego uniknąć można zaparkować trochę niżej na poboczu drogi i ten kawałek podejść na nogach. Z powodu dużej wysokości i wczesnej pory (ok. 9:00) jest dosyć zimno i kurtki się przydają. Wczesny przyjazd się opłacił, ponieważ gdy opuszczaliśmy klasztor parking był już prawie pełny i tłumy turystów podążały w stronę klasztoru.
W drodze powrotnej, aby nie wracać tą samą drogą pojechaliśmy dalej drogą BP 1121, aby objechać górę dookoła i zjechać po drugiej stronie. Tam włączamy się powrotem w N11, którą dojeżdżamy do Barcelony. Wjeżdżając do Barcelony najlepiej kierować się w stronę południowej obwodnicy, a następnie którymś ze zjazdów zjechać w stronę centrum miasta (Ciutat Vella). My parkujemy na ulicy, niedaleko ZOO i starego miasta. Parkingi, mimo dogodnego położenia są dosyć drogie, a parkowanie na ulicy płatne jest tylko w centrum.
Będąc w Barcelonie nie można nie zobaczyć Starego Miasta (zdjęcie), Ramblas, Katedrę Świętej Rodziny (La Sagrada Familia - zdjęcie). Dla fanów piłki nożnej obowiązkowym punktem będzie stadion FC Barcelony (zdjęcie). My mieliśmy pecha, bo akurat był zamknięty, nie było żadnego treningu.
Do Miami Platia wracamy C 246 i N 340.
Walencja
Do Walencji jak zwykle wyjeżdżamy wcześnie rano. Podążamy drogą N 340 wzdłuż autostrady. W samym mieście należy kierować się do centrum i potem objeżdża się stare miasto, oddzielone parkiem w korycie rzeki (coś jak Planty krakowskie wokół starego miasta). Następnie można skręcić np. w Colon i zaparkować samochód na jednym z parkingów podziemnych (płatne).
Ciekawy jest sam spacer po labiryncie uliczek starego miasta. Warto zobaczyć zachowane bramy ze starych murów, Katedrę.
Według mnie (ale jest to sprawa gustu) Walencja była ładniejsza i wywarła lepsze wrażenie niż Barcelona (zdjęcie, zdjęcie).
W Walencji również zrobiłem zdjęcie, które pokazuje jak Hiszpanie, szczególnie w centrach miast parkują samochody (zdjecie). Są to dwa samochody bezpośrednio dostawione do siebie. Zasadą jest, aby nie zaciągać ręcznego i zostawiać na luzie. Gdy ktoś chce wyjechać delikatnie się rozpycha i wyjeżdża. Normalne, że gdy ktoś ma malowane zderzaki automatycznie są one obtarte. Ale tutaj nikt się tym nie przejmuje.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Sagunt, miasta pamiętającego jeszcze czasy Imperium Rzymskiego. Znajduje się tu m.in. rzymski amfiteatr, jak i ruiny zamku (zdjęcie) z którego roztacza się widok na miasto i okalającą równinę (zdjęcie).
W dalszej powrotnej drodze robimy przerwę w Peniscoli, w której znajduje się zamek (a raczej jego pozostałość) Templariuszy.
Powrót
No i nadszedł ten dzień, w którym trzeba było się pakować i wracać do szarej codzienności. W piątek udaliśmy się do biura (recepcji) i powiadomiliśmy, że zamierzamy wyjechać trochę wcześniej, jeszcze przed otwarciem biura. Chodziło nam o to, aby wyjechać jak najdalej, gdy słońce jeszcze nie wzejdzie i jest w miarę przyjemnie, bez upału i mniejszy ruch na drodze.
Uzgodniliśmy, że klucze zostawimy na stole i zatrzaśniemy drzwi.
Wyjechaliśmy o 4:00 rano w sobotę. I jak zwykle podążaliśmy N 340 w kierunku Barcelony , potem obwodnicą północną i dalej drogą C 251 biegnącą wzdłuż autostrady A 7. Biegnie ona dalej w głębi lądu niż droga, którą jechaliśmy na wakacje, ale dzięki temu omija się te wszystkie zatłoczone miasteczka nadmorskie. Przed Gironą łączy się ona z N 11 i dalej jedziemy jak poprzednio aż do granicy. Przed granicą obowiązkowe tankowanie do pełna. Należy zwrócić tylko uwagę, że stacje benzynowe przed granicą ciągną się tak ok. z 10 km i nie ma sensu tankować na pierwszej jaką napotkamy. Nie chodzi tu o cenę paliwa, ale możliwość zatankowania jak najbliżej granicy. Granicę przekraczamy o 8:00. Słońce już wzeszło, ale nadal jest jeszcze dosyć znośna temperatura.
Potem jedziemy podobnie jak w drodze do Hiszpanii wzdłuż autostrady aż do Nimes, gdzie włączamy się w N 86.
Za Nimes robimy postój w Remoulins gdzie zwiedzamy jeden z największych zachowanych akweduktów czasów rzymskich (zdjęcie). Trafić do niego jest bardzo łatwo, w mieście znajduje się dużo drogowskazów. Trzeba się kierować na „Pont du Gard”. Parking przed akweduktem jest płatny (ok. 50-60 franków), ale jeżeli ktoś chce uniknąć płacenia można zawrócić kilkadziesiąt metrów i zostawić samochód na poboczu.
Po godzinie przerwy nadal jedziemy N 86 w stronę Lionu. W pewnym momencie (chyba N 102 lub N 304 przejeżdżamy Rodan i jedziemy równoległą drogą N 7 do Valence. Tam odbijamy w prawo na N 92, potem D 520, N 6 i N 201 od Chambery i dojeżdżamy do Genewy. Przed granicą ze Szwajcarią robimy mały postój w takim kompleksie handlowym i wydajemy ostatnie franki na kawę i coś lekkiego do zjedzenia. Dolewam również 6 litrów paliwa z karnisterka, jakie zatankowałem w Hiszpanii. W okresie, jakim jechaliśmy i kursach walut paliwo w Szwajcarii było tańsze niż we Francji.
Granicę w Genewie przekraczamy ok. 20:30. Zaczęło padać i w miarę przejechanych kilometrów leje coraz bardziej. W Szwajcarii mamy wykupioną poprzednio winietę na autostradę, więc trochę przyspieszamy, jadąc na Zurych i ST. Galen. Przed Zurychem uzupełniamy paliwo, deszcz pada tak mocno, że widać tylko małe czerwone światełka samochodów jadących przed nami. Dochodzi do tego jeszcze zmęczenie i łapię się na tym, że zaczynam coraz mocniej ściskać kierownicę w oczekiwaniu na „pływanie” przednich kół w koleinach. Na szczęście Szwajcarzy mają dobre grogi i coś takiego jak koleiny nie istnieje.
Po przekroczeniu granicy z Niemcami ok. 2:00 deszcz pomału zanika i w miarę zbliżania się do Czech przestaje padać.
Po przekroczeniu granicy czeskiej musimy zatankować. Organizm miałem przyzwyczajony do upałów panujących w Hiszpanii i po wyjściu z samochodu miałem trudności z zatankowaniem – tak było zimno – nie mogłem trafić pistoletem do otworu. Potem dowiedzieliśmy się, że podobno spadł śnieg (mimo, że to dopiero połowa września) wysoko w górach i stąd ten ziąb.
W Czechach zmęczenie daje o sobie znać (to już ponad 24 godziny) i musimy zatrzymać się na chwilę. Przed granicą polską stajemy jeszcze na obiad i ok. 14:00 meldujemy się w Kłodzku gdzie zostawiamy jednego z uczestników (Bogdana).
W Krakowie jesteśmy ok. 19:00, opaleni, troszkę zmęczeni podróżą, pełni wrażeń, z postanowieniem, że kiedyś znowu musimy odwiedzić Hiszpanię.
W celu oglądnięcia wszystkich zdjęć zapraszam do galerii