Strona główna Mapa Obliczenia, koszty
No i jedziemy drugi raz do Hiszpanii. W planach był powrót przez Portugalię, lecz rzeczywistość zmieniła nasze plany.
Tym razem chcieliśmy zwiedzić południowo zachodnią część Hiszpanii i okolice Madrytu. Mimo że Andaluzja stanowi jeden z uboższych rejonów Hiszpanii, dla turystów jest jednak jednym z droższych. Samo wykupienie kwatery jest dosyć drogie, a zważywszy na odległość z Polski dodatkowo podnosi koszty.
Jednym ze sposobów na obniżenie kosztów jest stołowanie się we własnym zakresie, zabranie ze sobą podstawowych produktów spożywczych. Szczególnie, gdy jadą dwie osoby w samochodzie nie stanowi to problemu.
Poprzez biuro turystyczne zarezerwowaliśmy dwa tygodnie w Mijas Costa. Nocleg w czasie drogi dojazdowej był przewidziany w Carcassonne we Francji i dwa noclegi w Madrycie lub koło Madrytu. W Carcassonne zarezerwowałem nocleg w hotelu sieci „Formula1” poprzez internet – wymagana jest do tego karta płatnicza. Jeżeli zamierza się zwiedzić w Granadzie Alhambrę dobrze jest wcześniej również przez internet zarezerwować (wykupić) bilet. Kosztuje to ok. 1 € drożej, lecz nie trzeba potem stać w długiej kolejce do kas i ma się pewność, że wejdzie się w dzień, w którym się przyjechało. Ja rezerwowałem około miesiąc wcześniej i już większość godzin wejścia było wykupionych – trzeba wiedzieć, że godziny wejścia są ściśle określone (chyba z tolerancją 15 minutową).
Dojazd
Aby dotrzeć do Mijas Costa na sobotę wieczór musieliśmy z Krakowa wyruszyć we wtorek w godzinach popołudniowych.
Z Krakowa wyjeżdżamy o piątej po południu. Ze względu na duże skoki kursu walut w ostatnim czasie i w celu obniżenia kosztów podróży zabieram ze sobą również 20 litrowy kanister. Pozwoli to na przejechanie krajów gdzie paliwo jest najdroższe a zarazem dotankowanie większej ilości w miejscach gdzie jest taniej (Andorra). Z powodu korków na Śląsku, do granicy niemieckiej docieramy dopiero około 22:00. Oczywiście tankujemy do pełna i ruszamy w dalszą drogę do granicy francuskiej. W pewnym momencie zmęczenie daje znać o sobie i zmieniamy się z Anią za kierownicą.
W Mulhouse jesteśmy ok. 6:00 rano następnego dnia. Zmiana kierowcy i znów tankowanie do pełna – paliwo we Francji na bocznej drodze jest tańsze niż w Niemczech. Oczywiście po drodze w Niemczech musieliśmy uzupełnić paliwo z kanistra. We Francji staramy się poruszać bocznymi drogami (opisanymi literą „N” – która oznacza główne drogi krajowe). Po minięciu Mulhouse zjeżdżamy z autostrady na drogę nr N 83 w kierunku na Belfort i Besancon.
Ogólnie zasada jest taka, że autostradą należy jechać do momentu, gdy na drogowskazach pokaże się napis, że jest to ostatni zjazd przed poborem opłat („peage”).
Droga w tym rejonie jest dosyć kręta a teren górzysty. Ruch samochodów też stanowi pewien problem.
N83 dojeżdżamy do Lyonu gdzie wjeżdżamy na autostradę A 46 stanowiącą obwodnicę (bezpłatna). Lyon objeżdżamy od wschodniej strony i trzeba mieć na niej oczy szeroko otwarte szczególnie w jej północnej i wschodniej części gdzie jest bardzo dużo skrzyżowań i rozjazdów, ruch na kilku pasach (4-5) jest naprawdę duży a samochody poruszają się bardzo szybko.
Po minięciu Lyonu zjeżdżamy na drogę N 7 biegnącą wzdłuż autostrady A 7 na południe kraju. Droga cały czas prowadzi wzdłuż autostrady i Rodanu. W okolicach Montelimar lub w samym mieście przejeżdżamy Rodan na drugą stronę i dalej podróżujemy N86, ponieważ N7 prowadzi do Marsylii a my odbijamy na Limes i Montpellier. Przed Montpellier musimy zatankować. Udaje nam się to zrobić koło dużego marketu gdzie paliwo jest znacząco tańsze od tego spotykanego na zwykłych stacjach. Obliczam ilość kilometrów do Andory (gdzie paliwo jest jeszcze tańsze) i uwzględniając pewien zapas tankujemy tylko 20 litrów (potem okazało się, że zapas był jak to się mówi na „styk”).
Ze względu na duże zmęczenie i wiedząc, że droga z Montpellier do Narbonne jest dosyć uciążliwa (z powodu dużego natężenia samochodów) decydujemy się na skorzystanie z autostrady A9. Odcinek ten (około 90 -100 km) kosztuje 6,40 €.
Po minięciu Narbonne zjeżdżamy na drogę N213 i następnie N 113 dojeżdżamy ok. 17:00 do Carcassonne po przejechaniu prawie 2 100 km.
Hotel znajduje się ok. 3 kilometrów przed miastem po prawej stronie. Posiada parking, pokoje są trzy osobowe (z jednym łóżkiem na piętrze), łazienki wspólne na korytarzu. Jedyna jego wada to brak klimatyzacji, co przy upale, jaki wtedy panował dawało się we znaki. Koszt to 29 € za pokój w sezonie, czyli do końca sierpnia, potem 25 € i od października 23,5 €.
Carcassonne
Carcassonne jest podobno ostatnim miastem z zachowanymi murami obronnymi (zdjęcie). Chociażby tylko dla tego jest warte obejrzenia, poza tym i tak należało gdzieś zrobić postój w podróży do Hiszpanii. Ze względu na zachowaną średniowieczną architekturę kręcono tutaj film „Robin Hood” (ten z K. Costnerem). Z tego, co się dowiedziałem to i tak część murów i wież była dobudowana w XIX wieku – tzn. dokładnie chodzi o górne części wież.
Z hotelu należy jechać w kierunku miasta ok. 3 kilometry i gdy będziemy widzieć po lewej na wzgórzu stare miasto, można zostawić samochód na poboczu. Odległość do murów miasta to ok. 0,5 km. Można również podjechać bliżej pod mury miasta, lecz istniejące tam parkingi są płatne, a pozostawienie samochodu na poboczu grozi jego zholowaniem oraz ewentualnym uszczupleniem naszych portfeli.
Po zwiedzeniu miasta, jego wąskich uliczek pełnych sklepików, przejściu się po murach obronnych udajemy się do hotelu.
Dalej do Hiszpanii
Z Carcassonne wyjeżdżamy o 9:00 rano. Aby sobie skrócić drogę do Andorry jedziemy drogą nr 118 na Limoux i Alet. Niestety w Quillan zamiast skręcić w 117 a potem w 613 przejechaliśmy skręt. Potem nie chcąc wracać się skręciliśmy z drogi 118 na Rouze i Mijanes (droga była już tak wąska, że nie posiadała oznaczenia numerowego. Prowadziła ona przez przełęcz na wysokości 2027 m n.p.m. Niestety powodowało to większe zużycie paliwa i zacząłem się obawiać, że możemy nie dojechać do Andorry. Stacji paliwowej raczej tam ciężko uświadczyć, ale widoki za to były wspaniałe (zdjęcie, zdjęcie).
Przy wjeździe do Andory był jak zwykle sznur samochodów, który poruszał się w żółwim tempie, a ja wsłuchiwałem się w odgłos pracującego silnika czy nie zaczyna się krztusić z braku paliwa. Trochę głupio byłoby stanąć pod górę z braku paliwa gdzie brak pobocza spowodowałby dosyć duże utrudnienie w ruchu.
No, ale szczęśliwie przekraczamy granicę bez zatrzymywania i dopadamy (nie tylko my – większość jadących dopada stacji jak wędrowiec idący przez pustynię od 5 dni). Paliwo jest w cenie 0,75-0,76 centów za litr.
W Andorze warto się zatrzymać, jeżeli ktoś ma w planach jakieś zakupy. Jest tu stosunkowo taniej niż w całej Europie. Również przy planowaniu podróży wziąć należy pod uwagę, że przejazd tych kilkudziesięciu kilometrów może czasami zająć nawet godzinę lub dłużej z powodu dużych korków.
Przy wyjeździe z Andory dotankowujemy paliwo i do zbiornika i do kanistra. Po wjechaniu do Hiszpanii kierujemy się na Lleidę (droga nr C1313), a następnie do Saragossy. Pomiędzy Lleidą a Saragossą jest autostrada A2 (płatna), my jednak decydujemy się na drogę N II biegnącą wzdłuż autostrady. Ruch na niej jest stosunkowo duży – jest to jedna z główniejszych dróg biegnąca do Saragossy i dalej do Madrytu. Jednak z braku większych miejscowości na trasie średnie prędkości nie są takie małe.
Saragossa
Następnym przystankiem w naszej podróży jest Saragossa. Przed miastem (ok. 10 km) wjeżdżamy na autostradę A2 która nie jest już płatna. Objeżdża ona miasto od północy. Dalej kierujemy się drogowskazami i dojeżdżamy do centrum miasta niedaleko Bazyliki (Basilica de Nuestra Senore del Pilar zdjęcie). Po przejechaniu przez most i skręceniu w lewo zaraz po prawej stronie, niedaleko Bazyliki jest parking podziemny. Koszt postoju jednej godziny to – 1,20€. Istnieje możliwość zaparkowania przed mostem po lewej stronie. Z tego, co się zdołałem zorientować to jest to bezpłatne.
Do pałacu władców dawnego księstwa muzułmańskiego (Aljaferia – zdjęcie) można podjechać lub, zostawiając samochód na parkingu, podejść. Mieści się on na zachód od Bazyliki. Należy jechać drogą wzdłuż rzeki Ebro i na skrzyżowaniu o ruchu okrężnym zjechać w trzecią ulicę. Samochód można zostawić na ulicy (o ile są wolne miejsca, bo z tym przeważnie bywa kłopot – my musieliśmy zrobić dwie rundki dookoła zanim coś się zwolniło).
Z Saragossy wyjeżdżamy do Madrytu autostradą A2, która na tym odcinku jest już bezpłatna. Krajobraz w czasie drogi jest hmm trochę księżycowy. Z rzadka jakieś stacje benzynowe no i ten kolor gór (szary) i prawie brak roślinności. W połowie drogi stwierdziliśmy, że mamy trochę czasu, więc możemy zjechać z autostrady i trochę odpocząć. Zauważyłem na mapie, że w pobliżu przepływa jakaś rzeka. Pomyślałem, że miło będzie odpocząć nad brzegiem rzeki, zamoczyć nogi.
Zjeżdżamy z autostrady, jedziemy kilka kilometrów w bok, przejeżdżamy przez małe miasteczko. Jedna ulica przecinająca miejscowość, wąsko, gdyby miały minąć się dwa samochody to trzeba by było otrzeć się lusterkiem o ścianę. Kobiety siedzące na progach domów, mijamy miejscową knajpę gdzie przy butelkach miejscowego wina siedzą mężczyźni. Podstawowy kolor w ubraniu miejscowych to czerń i biel. W tym momencie przypomniałem sobie filmy, których akcja działa się gdzieś na pograniczu USA i Meksyku w małych miasteczkach, przez które przejeżdża jakiś „obcy” samochód. Wrażenie było niesamowite.
Za miastem miała być rzeka. Miała być, bo okazała się malutkim strumyczkiem i do tego dosyć zamulonym. Rzeką to ona może i jest, ale w okresie deszczów, może na wiosnę.
Znowu przejeżdżamy przez to miasteczko, którego nazwy nawet nie pamiętam, gdzie naruszamy spokój w to leniwe późne popołudnie.
Ok. 21:00 docieramy na przedmieścia Madrytu gdzie zatrzymujemy się w przydrożnym motelu na noc.
Madryt i okolice
W Madrycie jesteśmy o 9:00 wjeżdżając do miasta autostradą A2 i dalej Av. de America. Samochód zostawiamy poza ścisłym centrum na poboczu ulicy, aby nie płacić za parkowanie.
Madryt – hmm nic specjalnego, takie sobie miasto. Już dawno stwierdziliśmy, że duże miasta w Hiszpanii nie mają tego uroku, co stare małe miasteczka. Zwiedzamy starówkę, rynek (zdjęcie). Idziemy pod pałac króla (zdjęcie).
Miasto zrobiło na nas takie sobie wrażenie. Może nie potrafiliśmy odkryć jego ukrytych uroków.
Za to okolice Madrytu są warte zwiedzenia. Jednym z takich miejsc jest oddalona o ok. 100 km Segovia (zdjęcie)
Z Madrytu wyjeżdżamy autostradą N VI w kierunku na Valladolid. Jest ona bezplatna do zjazdu nr 42. Tam wjeżdżamy na drogę nr 603, gdzie po przejechaniu Guadarramy wspinamy się na przełęcz (1 511 m n.p.m.). Podjazd jest dosyć stromy i długi z licznymi zakrętami. Do tego dochodzi dosyć duże natężenie samochodów łącznie z ciężarówkami. Do Segovii dojeżdża też autostrada (płatna), lecz na mapie (z 2001 roku) nie jest zaznaczona. Prawdopodobnie jest niedawno oddana do użytku.
Przed samą Segovią wjeżdżamy na niepłatny odcinek autostrady i wjeżdżamy do miasta. W mieście cały czas kierujemy się prosto i droga doprowadza nas pod sam Alcazar (zdjęcie). Jego widok jest znajomy, na nim wzorowali się projektanci zamku w kalifornijskim Disneylandzie. Z murów zamku można podziwiać ładne widoki na okolice miasta.
Samochód zostawiamy na pobliskim parkingu (bezpłatny) i piechotą udajemy się do starego miasta.
Warto zaglądnąć do katedry (zdjęcie), zobaczyć akwedukt (zdjęcie) z ok. I w. n.e., o długości prawie 800 m. Został zbudowany bez użycia cementu i zaprawy murarskiej.
Z Segovii wracamy tą samą droga w kierunku na Madryt. W Guadarramie skręcamy w prawo na drogę nr 600, aby dotrzeć do Santa Gruz del Halle de los Caidos ufundowany przez gen. Franco. Niestety wjazd jest do 18:00 a my meldujemy się przed bramą 18:05. Wjazd jest płatny. Z tego co pamiętam chyba 5 € za samochód.
Po dojechaniu do Madrytu objeżdżamy go obwodnicą M 40 i na zjeździe nr 25 wjeżdżamy na drogę nr 401. Jest to dwupasmówka, można nawet stwierdzić, że autostrada – oczywiście bezpłatna. Nią docieramy ok. 19:00 do Toledo. Jest jeszcze jasno (trzeba pamiętać, że jesteśmy Hiszpanii, czyli o około 25 – 30 stopni geograficznych na zachód). Samochód zostawiamy na poboczu drogi zaraz przed starym miastem. Jest z tym mały problem, ale mieliśmy trochę szczęścia, bo akurat jak podjeżdżaliśmy to zwolniło się miejsce.
Toledo jest oddalone od Madrytu około 70 km. Kiedyś pierwsza stolica Hiszpanii, dzisiaj stanowi niezłą atrakcję turystyczną. Miasto pełne zabytków i wąskich uliczek (uwaga na samochody – ruch samochodowy nie jest zamknięty w centrum a brak chodników). Zbudowane jest na wzniesieniu otoczone z trzech stron wąwozem.
Na południe
Z Toledo wyjeżdżamy ta samą drogą kierując się do obwodnicy. W pewnym momencie droga się rozwidla, my pojechaliśmy w lewo, bo tędy wjechałem – i to był błąd. Ponieważ z tej drogi nie da się skręcić w prawo. Prawdopodobnie na tym rozwidleniu trzeba było jechać w prawo i tam był wjazd na autostradę w kierunku na Cidad Real. No nic, jedziemy jakieś 5 km w kierunku Madrytu i na najbliższym skrzyżowaniu bezkolizyjnym zawracamy. Potem kierujemy się na obwodnicę i - tak jak pisałem - na Cidad Real. Zaraz za Toledo zjeżdżamy na drogę nr 400, aby się dostać na autostradę N IV (nazwa – Autovia de Andalucia). Gdy dojeżdżamy do N IV jest już ciemno i zaczynamy szukać noclegu. Zatrzymujemy się tak jak poprzednio w przydrożnym motelu.
Rano jedziemy nadal na południe autostradą N IV a potem drogą 323, która niczym nie ustępuje autostradzie. Na trzecim zjeździe zjeżdżamy do Ubedę (droga nr 322) zwabieni opisem w przewodniku. Stare miasteczko, nic specjalnego, ale jeżeli ktoś dysponuje czasem warto je zobaczyć. Z miasta jest ładny widok na dolinę pelną gajów oliwnych. Drogą 321 powracamy na 323 w okolicach Jaen i jedziemy w kierunku Granady. Omijamy Granadę obwodnicą i włączamy się do autostrady A92 w kierunku na Sewillę a potem 331 do Malagi.
Z Malagi w stronę Gibraltaru prowadzi droga nr N 340 (Costa del Sol), którą Hiszpanie uważają za autostradę i tak ją traktują. Niestety z autostradą ma ona wspólne tylko dwa pasy ruchu. Bardzo często brakuje pasów zjazdowych lub pasów rozbiegowych dla włączających się do ruchu. Często dochodzi tutaj do wypadków, należy zachować dużą czujność i być przygotowany na ewentualne ostre hamowanie. Dochodzi do tego to, że na Costa del Sol częstymi turystami są Brytyjczycy, którzy wynajmują samochody z wypożyczalni a przyzwyczajeni są do ruchu lewostronnego.
Miejscami autostrada rozdziela się i część biegnie w głębi lądu (płatna – bardzo droga), a część dalej wzdłuż wybrzeża. Aby nie wjechać na część płatną trzeba zwracać baczną uwagę na drogowskazy, a pomocne jest to, że tam gdzie jedzie większość pojazdów to część niepłatna J.
I tak ok. 14:00 docieramy do celu naszej podróży – Mijas Costa, po przejechaniu 3959 km. Co prawda zakwaterowanie mieliśmy przewidziane od 20:00, ale na nasze pytanie w recepcji panie pozwoliły się nam zakwaterować wcześniej.
Sam ośrodek był bardzo ładny, studio wyposażone w lodówkę, kuchnię, telewizor, telefon. Na terenie ośrodka był basen (zdjęcie, zdjęcie), a to ważne, bo plaże na Costa del Sol (w każdym bądź razie tam gdzie my byliśmy) nie należą do najpiękniejszych.
Gibraltar, Ronda
Do Gibraltaru mieliśmy jechać w poniedziałek, ale przez weekend podczas opalania trochę za bardzo przypiekłem sobie plecy, więc jazda była by trochę męcząca. Dlatego wolałem to przełożyć na wtorek jak trochę lepiej będą czuć się moje plecy.
Wyjechaliśmy jak zwykle wcześnie rano, aby na miejscu być po wschodzie słońca, ale żeby jeszcze nie doskwierał upał. Przed wyjazdem dotankowałem trochę z myślą, że napełnimy zbiornik do pełna w Gibraltarze, gdzie paliwo jest tańsze. Do Gibraltaru prowadzi autostrada N 340. Dojeżdżając do zjazdu na N 351 można zobaczyć już górę Gibraltar (zdjęcie). Przed granicą okazało się, że na wjazd samochodem trzeba dosyć długo czekać z powodu kolejki samochodów, które poruszały się w dosyć ślamazarnym tempie. Zrezygnowaliśmy z możliwości zatankowania (paliwo w Gibraltarze po 0,65€) i jadąc lewym pasem (droga dwupasmowa) dojechaliśmy do samego przejścia granicznego a następnie zawróciliśmy. Samochód pozostawiliśmy na poboczu drogi w miejscu gdzie nie była wymagana opłata. Trzeba na to bacznie zwracać uwagę, ponieważ większość miejsc jest płatna. Na szczęście udało nam się zaparkować w pobliżu przejścia granicznego. Przekroczenie granicy nie nastręcza żadnych problemów, trzeba tylko pokazać paszport. Następnie idąc w poprzek lotniska (zdjęcie), przez które prowadzi droga, dochodzimy do miasta. Wjechanie samochodem powodowałoby również kłopot z zaparkowaniem, ponieważ z miejscem jest tutaj kiepsko.
Następnie idziemy Main Street, która biegnie wzdłuż miasta. Można tam oddać się szaleństwu zakupów, walutą miejscową jest funt gibraltarski (kurs jak brytyjskiego), ale spokojnie w każdym miejscu można płacić euro (ale uwaga – resztę wydają tylko w funtach). Naszym celem jest dojście na szczyt skały. Podejście jest dosyć długie, istniej możliwość wyjechania kolejką linową (płatna), ale rezygnujemy z niej i idziemy na piechotę. W czasie wędrówki na szczyt mamy okazję podziwiać port i samo miasto (zdjęcie). Docieramy również do „Europa Point” skąd widać już góry w Afryce (zdjęcie) – przecież to raptem 15 km.
Gdzieś tak w połowie podejścia jest budka strażnicza gdzie należy uiścić opłatę za możliwość wejścia na górę. Jeżeli mamy zamiar tylko wejść na górę, bez zwiedzania grot należy to powiedzieć strażnikowi (wtedy płacimy 3 € za osobę), ponieważ może nam sprzedać bilet, który obejmuje również wejście do groty i wtedy kosztuje dużo drożej.
Na samej górze oczywiście największą atrakcją są słynne małpy makaki (zdjęcie), które są dosyć natarczywe w proszeniu o jedzenie.
W drogę powrotną idziemy w przeciwną stronę i schodzimy koło Zamku Maurów. Docieramy do Main Street, gdzie robimy małe zakupy przed opuszczeniem jednej z ostatnich koloni Królestwa Brytyjskiego.
W drodze powrotnej okazuje się, że droga przez lotnisko jest zamknięta, bo akurat ląduje samolot. Na drodze leży kolczatka, zapalone są czerwone światła a dodatkowo stoi samochód terenowy z żołnierzem uzbrojonym w karabin (zdjęcie). Cała przerwa trwa tylko kilka minut, po czym droga zostaje ponownie otwarta. Przy przekraczaniu granicy angielski celnik w ogóle nie zwraca na nas uwagi, za to przed hiszpańskim najlepiej machać paszportem z daleka i w taki sposób, aby zorientował się, że nie jesteśmy Hiszpanami. Zauważyłem, że swoich to trzepią solidnie (pewnie mają problem z „mrówkami” jak w Polsce) za to nas czy ludziom z obcymi paszportami to w ogóle nie zaglądają do toreb. Pewnie wychodzą z założenia, że nawet, jeżeli coś przenosimy ponad dozwoloną ilość to robimy raz i wracamy do swoich krajów.
Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Rondy. Przy wyjeździe z La Linea tankujemy paliwo i w San Rogu skręcamy w lewo na N 340 aby następnie odbić na A 369. Trasa ta jest podobno jedną z najciekawszych, jeżeli chodzi o dojazd do Rondy i pozwala podziwiać po drodze tzw. pueblos blanco, czyli białe miasta (zdjęcia, zdjęcie). Część drogi była pozbawiona nawierzchni asfaltowej (zdjęcie), co czyniło większą atrakcję w czasie podróży. Co prawda efekt był częściowo potem widoczny na samochodzie (zdjęcie), ale nie należy się tym przejmować. Po tygodniu pobytu w Hiszpanii samochód i tak wygląda podobnie jak na zdjęciu nawet, jeżeli nie jeździ się po drogach szutrowych.
Ronda rozdzielona jest głębokim jarem (El Tajo) wyżłobionym przez rzekę. Najbardziej charakterystycznym miejscem i znakiem rozpoznawalnym jest most spinający obydwie części miasta (zdjęcie, zdjęcie). Dla samego tego widoku warto przyjechać do tego miasta, pełnego turystów i zejść w głąb kanionu, aby móc zobaczyć ten widok. My byliśmy ok. godziny 14:00, upał był zabójczy. Samo przebywanie na otwartym słońcu było już nie do zniesienia. Schodząc do kanionu jeszcze jakoś wytrzymywaliśmy, ale podejście z powrotem pozbawiło nas kilku litrów wody, które utraciliśmy razem z potem. Przy normalnej temperaturze podejście to nie stanowiłoby problemu, ale ten upał nas wykańczał.
Wracając do samochodu przypomniałem sobie wypowiedzi, jakie nieraz słyszałem od ludzi, którzy przebywali w krajach arabskich. Należy chodzić tą stroną ulicy, która jest osłonięta od słońca. Po prostu wykorzystuje się każdy nadarzający się cień, aby ulżyć organizmowi.
Do Mijas Costa jechaliśmy A 376 prosto w kierunku wybrzeża. Prosto to raczej nie można powiedzieć, bo droga ta składa się chyba z 1001 zakrętów. Ale zakręty i położenie jej stanowi pewien jej urok. W San Pedro wjeżdżamy na N 340 i tak dojeżdżamy do domu. Mimo upału i pewnego zmęczenia, naprawdę było warto zobaczyć te miejsca.
Granada – Alhambra
Tak jak pisałem na wstępie, dobrze jest wykupić bilet do Alhambry przez internet. Daje nam to pewność, że będziemy mogli wejść w ten dzień, w który przyjedziemy i pozbawia nas to „przyjemności” stania w długiej kolejce. Trzeba również pamiętać, że wejście do „Palacios Nazaries” jest ustalone godziną wypisaną na bilecie i trzeba się tego trzymać.
Bilet mamy wykupiony na 9:00 rano więc wyjeżdżamy z domu bardzo wcześnie – jest jeszcze ciemno. W Granadzie trzeba wypatrywać drogowskazów prowadzących do Alhambry, z trafieniem nie ma raczej dużych kłopotów. Parking przy kompleksie kosztuje 1,3 € za godzinę. Do wydzielonej kasy z rezerwacjami stoi raptem dwoje ludzi, co w porównaniu z dłuuuugą kolejką do zwykłych kas wynagradza prowizję jaka pobierana jest w czasie rezerwacji.
Kompleks składa się z trzech części: Alcazaba, Palacios Nazaries i Generalife (ogrody). Po przejściu przez bramkę wejściową udajemy się powoli do Palacios Nazaries ponieważ tylko do niego obowiązuje godzina wejścia i lepiej się nie spóźnić, ponieważ przepadnie nam bilet.
Cóż, pałac jest po prostu piękny. Te dekorowane ściany (zdjęcie, zdjęcie), te sufity – o tak - należy bardzo często patrzeć do góry, aby nie przegapić wspaniałych widoków. Nie można pominąć sal okalających Harem (zdjęcie).
Po wyjściu z pałacu można udać się do zamku (Alcazaba), albo do ogrodów (Generalife). Nie obowiązuje tam godzina wejścia, więc spokojnie udajemy się do zamku (zdjęcie). Jest on w porównaniu z pałacem bardzo surowy. Brak ozdób, rzeźbień. Po prostu militarny obiekt. Z jego murów można podziwiać wspaniałą panoramę Granady. Po obejrzeniu zamku udajemy się do ogrodów. Przypominają one trochę ogrody, jakie można spotkać we Francji.
Po prawie trzech godzinach zwiedzania opuszczamy kompleks. Ludzi przed kasami jeszcze więcej niż rano.
Z Granady udajemy się w stronę Sierra Nevada. Celem naszym jest dojechanie na Pico de Valeta. Nie ma możliwości przejechania na drugą stronę pasma gór, ponieważ droga tuż przed szczytem jest zamknięta dla ruchu samochodów. Ale sam wyjazd z możliwością podziwiania widoków jest tego wart (zdjęcie, zdjęcie). Przed szczytem jest parking gdzie istnieje możliwość zostawienia samochodu i udania się w pieszą wędrówkę po górach (zdjęcie). My jednak rezygnujemy – nie mamy odpowiedniego obuwia i ubrania (jest dosyć zimno już na tej wysokości).
Jedziemy z powrotem w stronę Granady i skręcamy na południe na N 323. Początkowo jest to dwupasmówka, lecz później przechodzi w zwykłą drogę. Jej usytuowanie jest bardzo ładne – biegnie wzdłuż kanionu rzeki, aż do samego wybrzeża. Najdziwniejsze jest to, że rzeka przy ujściu do morza jest mniejsza niż w wyższych partiach biegu. Prawdopodobnie następuje jej rozbiór dla ludności lub na potrzeby upraw, których jest coraz więcej im bliżej wybrzeża.
Potem już znaną N 340 dojeżdżamy do domu.
Cordoba, Sewilla
Głównym celem wizyty w Cordobie był meczet Mezquita (zdjęcie). Jest to największy i (podobno) najpiękniejszy meczet wybudowany przez Arabów na półwyspie Iberyjskim. Aktualnie jest on przemianowany na katedrę.
Z N IV zjeżdżamy na zjeździe 406 w stronę miasta. Jedziemy cały czas prosto i w pewnym momencie drogowskazy kierują nas w lewo na most przez rzekę. Za mostem skręcamy w prawo i jedziemy wzdłuż rzeki. Meczet mijamy po lewej stronie. Można zatrzymać się bezpośrednio przed meczetem na parkingu (bardzo drogi) lub poszukać miejsca na ulicy. My, jadąc kawałek dalej wzdłuż rzeki, znajdujemy wolne niepłatne miejsce na poboczu drogi.
Wejście do świątyni kosztuje 6,5 € od osoby. Jest sposób na uniknięcie tego – trzeba przyjechać w niedzielę i poczekać na mszę. Ok. 15 min przed mszą nie są pobierane opłaty za wejście. Co prawda nie można wejść w tym czasie do każdego zakamarka meczetu, ale pozwala to uniknąć wysokich opłat a zarazem zobaczyć wnętrze świątyni. Powiedzmy przy czteroosobowej rodzinie wydatek na wejście jest dosyć duży. Dlatego dobrze jest wybrać się na zwiedzanie Cordoby w niedziele, gdy jest kilka mszy przed południem.
Do Mezquity wchodzimy przez Patio de los Naranjos, czyli dziedziniec ablucyjny (zdjęcie), pełen drzewek pomarańczowych i zachowanych fontann służących niegdyś do rytualnego oczyszczenia przed modlitwą. Do świątyni wchodzimy przez jedną z bram i naszym oczom ukazuje się „las” kolumn (zdjęcie). Część kolumn została użyta przez budowniczych ze starych budowli rzymskich. Jeżeli ktoś zwróci uwagę to zauważy, że różnią się one i kolorem i wykończeniem głowic.
Co prawda strażnicy trochę marudzą, że nie ma zwiedzania, ale dyskretnie wszyscy (bo nie tylko my na ten pomysł wpadliśmy) oglądają świątynię.
Po zwiedzeniu meczetu warto wybrać się nad rzekę gdzie można pooglądać stare młyny z czasów mauretańskich, czy most z bramą wjazdową do miasta pamiętające panowanie Rzymian (zdjęcie).
Około południa opuszczamy Cordobę i N IV jedziemy do Sewilli (zdjęcie). Podobnie jak to już nieraz robiliśmy w mieście szukamy miejsca do zaparkowania jak najbliżej centrum, ale zarazem tak, aby nie trzeba było ponosić zbyt dużych kosztów za parkowanie. Udaje nam się zaparkować nawet niedaleko centrum gdzie blisko i do Alkazaru i do Katedry (zdjęcie).
Wejście do Katedry kosztuje 4,5 € i trzeba pamiętać, że czynna jest od 14:00 w niedziele. Została zbudowana w XV wieku i to w rekordowym czasie (jak na katedrę) w 100 lat.
Jedną z części katedry, pełniącą teraz funkcję dzwonnicy jest „Giralda” – czyli Minaret. Pochodzi on jeszcze z czasów, gdy Sewillą władali Maurowie.
Zaraz koło Katedry znajduje się Alkazar, z powodu już późnej godziny i dosyć dużego zmęczenia zrezygnowaliśmy z jego zwiedzania (no przecież jeszcze tutaj przyjedziemy J).
Droga powrotna nie nastręcza żadnych problemów, droga jest dobrze oznakowana i wyjechać z miasta jest bardzo łatwo. A potem to cały czas autostrada A 92, N 331 i N 340.
El Chorro
Jeżeli ktoś będzie przebywał koło Malagi to polecam jako wycieczkę (nawet na cały dzień) wyjazd do wąwozu El Chorro.
My jechaliśmy od Mijas Costa, więc w Fuengiroli skręciliśmy na Mijas i zaczęliśmy wspinać się w góry Sierra de Mijas. Powyżej Mijas zatrzymujemy się na chwilę, aby zobaczyć całą okolicę z góry i przy okazji widzimy, że co niektórzy to spędzają noc na dachach swoich domów (zdjęcie). Droga jest dosyć kręta i wąska a do tego fatalnie oznakowana. Dopiero, gdy mijamy Cartame i wjeżdżamy na drogę nr 343 jest trochę lepiej z oznakowaniami. W Alora okazuje się, że droga do El Chorro jest zamknięta. Człowiek który stał na skrzyżowaniu i informował o tym mówił coś o objeździe, ale nie znał żadnego słowa w innym języku jedynie „closs”. Próbowaliśmy dogadać się z nim za pomocą mapy, aby nam wskazał objazd, ale był jakiś „przymulony” bo nie potrafił wskazać objazdu na mapie. Machał jedynie ręką i coś pokazywał na horyzoncie. Nie pozostało nam nic innego jak wrócić na 343 i jechać dalej w kierunku na Antequera. Po pewnym czasie chyba (pisze „chyba”, ponieważ nie zwróciłem uwagi na nazwę miejscowości) w Halle de Abdalajs za stacją benzynową jest mała tabliczka z napisem „El Chorro” wskazująca drogę w lewo. Trudno to nazwać drogą, początkowo jedzie się ciasną uliczką między domami a potem coraz wyżej w góry. Drogi tej nie ma na mapie, mimo że mieliśmy 1:300 000, czyli dosyć szczegółową. Miejscami brakuje asfaltu, widać że jest mało uczęszczana i bardzo zaniedbana. Ale dzięki niej dojeżdżamy w pobliże stacji kolejowej El Chorro. Jesteśmy u wylotu kanionu (zdjęcie) i aby się dostać na początek szlaku, który pozwala nim przejść jedziemy dalej przez zaporę. Po ok. 10 km dojeżdżamy w pobliże zbiornika wodnego i początku szlaku. Niestety przez fatalne oznakowanie i nie przewidziany objazd jesteśmy u celu dopiero koło południa i rezygnujemy z wejścia na szlak. Do tego trzeba doliczyć przejście tam i powrotem ze względu na samochód. Ale to co zobaczyliśmy zapowiadało świetną przygodę. Ścieżki wiodą wzdłuż ścian kanionu (zdjęcie – widać malutkie postacie na ścieżce) i stanowią pewne wyzwanie dla człowieka. Szczególnie, że podobno jest nie konserwowany od wielu lat i oficjalnie nie wolno na niego wchodzić.
Ale obiecujemy sobie, że przy następnym pobycie w Hiszpanii na pewno zaliczymy ten szlak, będąc wcześniej i lepiej przygotowani (głownie chodzi o napoje, bo upał jest straszny). Z powrotem nie jedziemy do El Chorro ale dalej tą samą drogą i dojeżdżamy do 343. Trasa jest bardzo wąska z ostrymi zakrętami. Często jeżdżą tędy autobusy z turystami i trzeba uważać, aby nie mijać się z takim na zakręcie, bo może okazać się za ciasny. Oczywiście wszyscy jeżdżą na maksimum tego ile się da, łącznie z kierowcami autobusów. Przyznam szczerze, że jazda taka sprawia pewną frajdę. Pamiętać należy, aby jechać idealnie po swoim pasie i uważać na zakrętach żeby nie wyjeżdżać na drugi pas (szczególnie na nie widocznych zakrętach), o co nie trudno.
W drodze powrotnej nie jedziemy już w kierunku na Mijas, ale cały czas drogą nr 343 w stronę Malagi, która później zamienia się we fragment nie płatnej autostrady. W Maladze skręcamy na N 340 i do Mijas Costa.
Powrót do Krakowa
Miało być tak pięknie i mieliśmy wracać przez Portugalię i północną Hiszpanię. Niestety sprawy zawodowe (cholerny telefon komórkowy) spowodowały, że w poniedziałek musiałem być w Polsce.
Wyjeżdżamy z piątku na sobotę o 1:00. Chodziło nam głownie o to, aby wyjechać z południa kraju w nocy, gdy jest trochę chłodniej. Poza tym, chcemy być w Polsce w miarę wcześnie w niedzielę, aby odpocząć przed pójściem do pracy w poniedziałek.
Jedziemy w kierunku na Madryt i Saragosse, tą samą droga, którą przyjeżdżaliśmy. Można jechać również wzdłuż wybrzeża, ale tutaj autostrady są płatne. Przez Madryt również jest autostrada aż do Saragossy, a potem przez Andorę do Perpignan. Różnica w odległości w stosunku do jazdy wzdłuż wybrzeża jest tylko 100 km, ale za to dużo taniej. Za Malagą natykamy się na blokadę policyjną. Myślałem sobie „sprawdzą dokumenty i pojedziemy dale”. Niestety okazało się to nie takie proste. Kazano nam wysiąść z samochodu, sprawdzono nas, nasze dokumenty i dwóch policjantów wzięło się za przeszukiwanie samochodu. Poszukiwano narkotyków. Zatrzymywano prawie wszystkie samochody. Martwiłem się tylko tym, że jak zaczną przeszukiwać bagaże to zejdzie im to z godzinę lub dwie. Na nasze szczęście jeden z samochodów nie zatrzymał się do kontroli. Dwóch policjantów skoczyło do radiowozu i pognało za nim. Trzeci, który został, na początku nie wiedział za bardzo co zrobić z czterema zatrzymanymi samochodami. Po krótkim namyśle kazał nam jechać. I tym sposobem uniknęliśmy dłuższego postoju. Musiała być to jakaś większa akcja, ponieważ na drodze do Madrytu były jeszcze trzy takie blokady. Na szczęście nie zatrzymywano nas już więcej.
Z Saragossy dalej na Andorrę po tańsze paliwo. Niestety straciliśmy ponad godzinę na staniu w korku przy przejeździe przez Andorra la Vella. Na przełęczy oczywiście tankowanie do pełna i do kanistra (jak później się okazało przydał się i to bardzo).
Z Andorry kierujemy się w stronę Perpignan drogą N 20 a potem N 116. Przez kilkadziesiąt kilometrów N 116 jedzie się naprawdę niesamowicie. Cały czas w dół, non stop zakręt za zakrętem, no i te przepaści.
Potem tak jak przy przyjeździe do Hiszpanii – wzdłuż autostrad w kierunku na Lyon i potem na Mulhouse. Trzeba tylko pamiętać, że we Francji na bocznych drogach stacje benzynowe zamykają o godzinie 22:00 i to wszystkie. Jedyny sposób zatankowania to wjechanie na autostradę. Na szczęście mieliśmy kanister i ta dolewka pozwoliła nam na dojechanie aż pod Freiburg. Była już 6:00 rano w niedzielę i po 29 godzinach jazdy miałem dość. Kierownicę przejęła „zmienniczka” a ja zaraz po rozłożeniu siedzenia pasażera nic nie pamiętam – zasnąłem.
Obudziłem się o 10:00, gdy byliśmy już koło Chemnitz. Zjeżdżamy na parking, trochę się odświeżyć a potem siadam za kierownicę i dalej w drogę. Przed granicą jeszcze tankujemy ok. 8 litrów, bo mam obawy, że możemy nie dociągnąć na tym co jest do granicy z Polską. Na granicy mały korek (ok. 30 min stania), potem tankowanie do pełna i do Krakowa.
W Krakowie meldujemy się ok. 18:00 w niedziele, po prawie 43 godzinach jazdy non stop i pokonaniu 3 550 km, jedynie z przerwami na tankowanie.
I znowu jak poprzednio (w 2001 roku) już marzymy o tym aby móc znowu pojechać do Hiszpanii.
W celu oglądnięcia wszystkich zdjęć zapraszam do galerii