Strona główna                Mapa               Obliczenia, koszty

 

Wyjazd

             Dzień wyjazdu był strasznie zwariowany. Radzę wszystkim, którzy planują wyjazd w godzinach popołudniowo – wieczornych, aby w ten dzień wzięli już urlop. Bo zawsze tak jest, że w dzień ten to coś wypadnie ekstra.

Ja tak właśnie myślałem; przyjdę z pracy, zdrzemnę się z godzinkę lub dwie i o 20:00 wyjedziemy. A tu właśnie w ten piątek trafił się wyjazd służbowy do Sanoka (jakieś 200 km od Krakowa). Godzina 15:00 a ja dopiero wyjeżdżam z Sanoka, jeszcze do biura i tak z „językiem na brodzie” wyrobiłem się na 20:00. Dobrze, że moja „druga połowa” miała już urlop i wszystko popakowała i przygotowała do wyjazdu.

No i wyjeżdżamy (Ania, bratanica Justyna i ja), jednak pogoda nas nie rozpieszcza – pada deszcz. Sprawdzałem pogodę w internecie i jest nadzieja, że gdzieś po przekroczeniu granicy powinna się poprawić. Jazda teraz do granicy drogą nr 4 to bułka z masłem odkąd oddali do użytku część autostrady przed Wrocławiem. Jedynie 20 km za Gliwicami to stara betonówka gdzie człowiek ma wrażenie, że plomby z zębów powypadają. Przed granicą niemiecką tankowanie do pełna i czekanie ok. pół godziny w kolejce do odprawy. Pogoda faktycznie się poprawia, nie pada i gdzie niegdzie widać gwiazdy. Ania spała, ale Justyna dotrzymywała towarzystwa. Widać przeżywała przekraczanie granicy – był to jej pierwszy wyjazd na „zachód”. Celniczka ledwo spojrzała na paszporty (Ania nawet się nie obudziła) i jazda w dalszą drogę. Justyna widać była trochę zaskoczona (pewnie spodziewała się jakiś większych emocji).

Niestety w Niemczech na autostradzie zaczęło dawać o sobie znać zmęczenie. Nie było sensu narażać innych i siebie na niebezpieczeństwo, obudziłem Ankę i teraz ja udałem się w objęcia Morfeusza.

Kierowaliśmy się w stronę Luksemburga, który chcieliśmy po drodze zobaczyć a drugim z powodów była cena benzyny.

Do samego miasta dojeżdżamy ok. godziny 10:00 i po zaparkowaniu na ulicy jak najbliżej centrum udajemy się na zwiedzanie miasta. Trzeba koniecznie sprawdzić lub najlepiej zapytać się powiedzmy taksówkarza czy dany rejon nie jest płatny. Przeważnie trzeba niestety zapłacić. Tak to jest w centrum miasta. Jesteśmy w sobotę, więc ze znalezieniem wolnego miejsca do zaparkowania nie ma problemu. Większość mieszkańców chyba wyjechała na weekend. Miasto (państwo) stanowi typową enklawę podobną trochę do Liechtenstein czy Monaco. Rzuca się w oczy to, że posiadają najwyższy dochód na mieszkańca. Szczególnie, gdy przypadkiem zahaczyliśmy o miejski targ (zdjęcie) i tak z ciekawości popatrzyliśmy, jakie tu są ceny: 1 kg cebuli 12 zł, ziemniaków – 15 zł L. Za to paliwo mają jedno z tańszych – tylko 79 centów. Po krótkim zwiedzeniu centrum miasta i zatankowaniu samochodu na full, wjeżdżamy do Francji. Drogą nr N18 jedziemy na południe gdzie docieramy do N3, która biegnie wzdłuż autostrady A4 do Paryża. Wiedząc z doświadczenia, że poruszanie się drogami typu „N” nie jest takie złe zdecydowaliśmy się nie jechać autostradą. Tym sposobem ok. 20 € zostało w kieszeni. Boczne drogi we Francji są dosyć dobrze utrzymane, nie ma dużego ruchu, brak ciężarówek powoduje, że prędkości średnie nie są takie małe. Odległość z Luksemburga do Paryża wynoszącą 410 km, licząc po drodze postój na zjedzenie śniadania, zatankowanie i przejechanie na drugą stronę Paryża pokonaliśmy w 5,5 godzin. W Polsce raczej ciężko o taki rezultat.

Bez większych problemów i przygód docieramy do przedmieść Paryża. Naszym celem jest dzielnica Maisons Laffitte znajdująca się po zachodniej stronie miasta, gdzie mamy nocleg na kempingu w stacjonarnie umieszczonej przyczepie kempingowej. N3 dojeżdżamy do drogi oznaczonej A83 która stanowi obwodnice Paryża. Miasto objeżdżamy od północy. Prawdę mówiąc obawiałem się większego natężenia ruchu. Być może sobota spowodowała, że część mieszkańców wyjechała z miasta. Na A83 samochody poruszają się bardzo szybko i dlatego wcześniej lepiej przygotować się, na jakim zjeździe planujemy zjechać. Dotyczy to numeru zjazdu jak i zarazem dobrze jest wiedzieć, na jaką część miasta jest dany zjazd (nazwa dzielnicy). Dobre atlasy samochodowe Francji z załączonymi planami miast umieszczają nazwy tych zjazdów. Spowodowane to jest tym, że czasami szybciej jest zauważyć numer zjazdu a czasami nazwę dzielnicy, do której on prowadzi. Tak jak pisałem ruch odbywa się bardzo szybko, więc trzeba zachować ostrożność przy zmianach pasów. Dobrze ustawione lusterka są nieodzowne.

I tym sposobem docieramy do zjazdu nr 2. Dalej w zasadzie bez błądzenia, dzięki dobrze opisanemu dojazdowi na bilecie z rezerwacji do naszego kempingu, który mieści się na wyspie na Sekwanie.

Sobotę przeznaczyliśmy na rozpakowanie i wypoczynek.

 

Kemping i warunki mieszkaniowe

     Przyczepy okazały się bardzo dobrze wyposażone. Lodówka, łazienka z prysznicem, ubikacja, kuchenka, bieżąca woda (ciepła, zimna) Jak normalne mieszkanie. Znajdowało się tu pełne wyposażenie kuchni, jedyną rzeczą, jaką mi brakowało to brak tłuczka do ziemniaków J . Poza tym był zestaw ogrodowy z możliwością zrobienia sobie grilla . Stan techniczny był taki jak by wczoraj przyjechały z fabryki lub remontu kapitalnego.

Dogodnością było również bliskość stacji RER (ok. 10 min. spokojnego marszu), a potem ok. 10-15 min. jazdy do centrum miasta.

 Paryż

     Plan był prosty; jesteśmy tu do piątku rano i zwiedzamy ile się da, ale bez przesady – zrelaksować też się trzeba. Pierwszą rzeczą w niedziele to była sprawa załatwienia biletów na komunikację miejską na cały okres pobytu. Zamierzaliśmy wykupić tzw. Paris Visites na pięć dni. Lecz w trakcie rozmowy kasjer zaproponował nam lepsze i tańsze rozwiązanie. Na niedziele wykupienie jednodniowego biletu a w poniedziałek, tzw. Carte Orange obejmującą strefy z możliwością dojazdu do Disneylandu i do Wersalu. Na Carte Orange należy mieć zdjęcie paszportowe, lecz jeżeli ktoś nie posiada przy sobie nie stanowi to problemu. W kasie biletowej poproszono nas o paszporty następnie zrobiono ksero ze strony gdzie jest zdjęcie i wycięto (z ksera) zdjęcie, które następnie wklejono do karty biletowej. I tym sposobem dzięki życzliwości kasjera zaoszczędziliśmy ok. 30 €.

Na stacji dobrze jest zaopatrzyć się w dobre plany komunikacji miasta. Nie ma z tym większych problemów.

 Niedziela

     Po załatwieniu spraw związanych z biletami jedziemy do centrum. Na pierwszy dzień przewidzieliśmy Luwr. Wysiadamy na przystanku „Opera” i udajemy się piechotą w stronę muzeum. Po drodze przechodzimy przez „Palais Royal” (zdjęcie) i dochodzimy do Luwru (zdjęcie). Bilet wstępu kosztuje 5 € (dzieci do 12 roku życia za darmo). Przed zejściem do muzeum trzeba się poddać kontroli na wykrywaczu metali. Całego muzeum nie sposób zwiedzić nawet w cały dzień, a co dopiero mówić o połowie dnia, jakie przeznaczyliśmy. Stwierdzamy, że każdego z nas interesują różne rzeczy, więc się rozdzielamy, wcześniej umawiając się na konkretną godzinę przed piramidą. Zaopatrzeni w mapy muzeum każdy idzie oglądać to na co ma ochotę. Ja z Justynką idziemy zobaczyć starożytny Rzym, Egipt, czasy Napoleona (zdjęcie) i malarstwo „holenderskie” (zdjęcie).

Pełni wrażeń wychodzimy na zewnątrz, z małymi problemami, bo nie mogliśmy w pewnym momencie znaleźć drogi na zewnątrz (trochę pogmatwane te korytarze).

 Potem udajemy się wzdłuż Sekwany na wyspy położone na Sekwanie (Ile de la Cite i Ile St-Louis). „Nowym Mostem”, (który nowy jest tylko z nazwy) dostajemy się na pierwszą z wysp. Wyspy te to najstarsza część Paryża. Tutaj znajduje się m.in. punkt, z którego są liczone wszystkie odległości we Francji, takie symboliczne serce kraju. Tutaj, również znajduje się najstarsze więzienie w mieście, w którym przetrzymywano m.in. Marię Antoninę, no i oczywiście Katedra Notre Dame (zdjęcie). Rozczarowałem się. Miałem wizję monumentalnej budowli, która przytłacza swym majestatem, wielkością wszystko wokoło. A jest raczej na odwrót, to budowle sąsiadujące z nią, ten ruch uliczny, wszystko to powoduje, że traci ona swój majestat. To jest tylko moje zdanie, każdy może mieć inne wrażenie. Wejście do Katedry jest bezpłatne.

Przechodzimy mostem spinającym obydwie wyspy i następnie metrem podjeżdżamy z powrotem do muzeum Luwr (zdjęcie).

Tam kierujemy się już piechotą w stronę Pól Elizejskich (Champs Elysees) (zdjęcie), mijając po drodze Plac Concord. To tutaj w czasach rewolucji stała gilotyna gdzie głowę stracili m.in. Ludwik XVI, Maria Antonina, Dante czy Robespier. Teraz na środku ronda stoi obelisk ze starożytnego Egiptu. Idąc wzdłuż Pól Elizejskich docieramy do Łuku Triumfalnego (zdjęcie).

Cała ta trasa od Luwru do Łuku Triumfalnego nosi nazwę „Droga Triumfalna”.

Jest godzina 18,00-19,00 więc najwyższy czas udać się do „domu” i zrobić jakiś obiad. Mamy za sobą trochę kilometrów.

 

Poniedziałek

Rano po śniadaniu udajemy się na dalsze zwiedzanie Paryża. Dojeżdżamy kolejką do stacji „Charls de Gaulle”, czyli pod Łuk Triumfalny. Następnie piechotą w stronę Trocadero. Można było podjechać metrem, ale stwierdziliśmy, że jeżdżąc metrem to nie za wiele się zobaczy. Ze wzgórza Trocadero jest wspaniały widok na Wieże Eiffel (zdjęcie). Po pstryknięciu kilku zdjęć i nasyceniu się widokiem udajemy się pod wieże. Bilet na trzeci poziom kosztuje 9,90 dla dorosłych i 6,00 dla dzieci do 12 roku życia. Jeżeli ktoś zamierza wjechać na samą górę to proponuje wziąć coś ciepłego do ubrania. Wieje i to strasznie. Najlepszy widok jest chyba z drugiego poziomu, (zdjęcie), z którego roztacza się wspaniały widok. Z trzeciego, aby był wspaniały widok trzeba trafić naprawdę na czyściutkie niebo i powietrze (zdjęcie). Po prostu jest już tak wysoko. Na trzecim poziomie można wyjść na dach galerii widokowej po schodach.

Zjeżdżamy w dół jedną z czterech wind, które jadą z każdej z nóg.

Na piechotę idziemy do stacji „Bir-Hakeim” i linią nr 6 jedziemy pod Łuk Triumfalny. Tam przesiadamy się na linie nr 2 i jedziemy do stacji „Anvers” aby dostać się na Montmartre. Na wzgórze można wyjechać naziemną kolejką gdzie bilet obowiązuje ten sam, co na metro i kolejkę. Na wzgórzu znajduje się Bazylika (zdjęcie) skąd można podziwiać piękny widok na Paryż. Warto przejść się również po samej dzielnicy pełnej wąskich uliczek, kawiarenek.

Klucząc uliczkami dostajemy się na Plac Pigalle pełen „sklepów” i pod Mulin Rouge (zdjęcie). Zapada zmierzch, więc wsiadamy do metra i po kilku przesiadkach wracamy do domu.

 

Wtorek

     Cały wtorek przeznaczamy na Disneyland. Bilet, który zakupiliśmy pozwala nam dojechać do samego parku. Jest to końcowa stacja kolejki RER o nr A. Należy tylko zwrócić uwagę przy wsiadaniu na stację końcową, ponieważ jedna część jedzie do „Bossy”, a ta do parku to „Marne- la- Vallee”. Cała podróż zajmuje ok. 1-1,5 godziny. Z centrum jest to ok. 1 godziny. Bilet dla dorosłych kosztuje 38 € a dla dzieci 29 € i uprawnia do uczestniczenia we wszystkich imprezach z wyjątkiem jednej strzelnicy, która jest płatna ekstra. Jeżeli nie chce się stracić majątku na kupowanie posiłków na terenie parku należy zabrać ze sobą jakiś prowiant. Co prawda przy wstępie pisze że nie wolno wnosić jedzenia, bagaże są pobieżnie sprawdzane, nikt nie zwraca jednak uwagi na butelkę z napojem czy kanapkę leżącą pod swetrem w małym plecaczku.

W poniedziałek przesiadając się na jednej ze stacji metra zauważyliśmy, że do końca września jest promocja – dorośli i dzieci wchodzą po 29 €.

Krótka kolejka do kas i kupujemy bilety. Nasze zdziwienie, bo kasjer liczy po 38 €. Po naszych zapytaniach, że słyszeliśmy o promocji zmienia ceny i wyjaśnia, że to my musimy sami się upomnieć, że wiemy o tej promocji. Po moich niezbyt przyjaznych opiniach, wypowiedzianych po polsku do Ani, co sądzę o takich promocjach, kasjer pyta skąd jesteśmy. Odpowiadam, że z Polski, na to pada odpowiedź łamaną polszczyzną, że jego matka jest Polką. Hmm tak, że lepiej uważać co się mówi po Polsku nawet będąc za granicą. Ale fakt jest faktem, co to za promocja. Po wejściu najlepiej zaopatrzyć się od razu w mapkę (w różnych językach – brak po Polsku).

Park składa się z czterech tematycznych części: Discoveryland, Fantasyland, Adventureland i Frontierland. Dla małych dzieci najlepszy jest Fantasyland pełen baśni i bajek. Dla trochę starszych i tych dorosłych pozostałe trzy.

Nie sposób tu przedstawić wszystkich atrakcji, wymienię może tylko te co ciekawsze. Trzeba zaznaczyć, że co do bardziej popularnych stoi się w kolejkach i to czasami po 15-30 min.

Discoveryland – polecam lot na księżyc, kino 3D I symulator lotu promem kosmicznym z Gwiezdnych Wojen. Samo wejście do tego symulatora robi wrażenie i dla miłośników Gwiezdnych Wojen będzie niezapomnianym przeżyciem (zdjęcie).

Adventureland – tutaj hit nad hitem jest Grota Piratów. Świadczy o jego popularności chyba najdłuższa kolejka. Można się przejść po zainscenizowanej dżungli, przejechać kolejką z Indiany Jonem, zwiedzić statek piratów (zdjęcie).

Frontierland – Jest to dziki zachód. Polecam przejażdżkę kolejką po starej kopalni złota (zdjęcie), rejs statkiem z XIX wieku takim, jakie pływały po Missisipi (zdjęcie). Można sobie zrobić na pamiątkę zdjęcia z Pluto (zdjęcie), myszką Miki i innymi bohaterami bajek Disneya.

 

Do parku przyjechaliśmy ok. 10 rano a wyszliśmy 19. Nogi nas trochę bolały, ale dzień szczególnie dla Justunki był niezapomniany. Naprawdę można się świetnie bawić tak dzieci jak i dorośli. Nawet Ania, która na początku była sceptycznie nastawiona na koniec stwierdziła, że warto było.

 

Środa

     Tym razem udajemy się do Wersalu (zdjęcie). Dojeżdża tam kolejka RER o nr C. I jak zwykle należy zwrócić na końcową stację, ponieważ niektóre pociągi jadą do „Saint- Quentin –en – Yvelines”, a niektóre do Wersalu. Do samego pałacu ze stacji RER można podjechać autobusem, na który obowiązują bilety z metra (pod warunkiem wykupienia karty a nie jednorazowego). No cóż, kompleks pałacowy robi wrażenie i nie podejmuje się go opisywać. Chyba przewodniki robią to bardziej fachowo.

W drodze powrotnej udajemy się do dzielnicy „La Defense”. Jest to dzielnica pełna biurowców, betony, aluminium i szkła (zdjęcie). Stojąc pod współczesnym Łukiem Triumfalnym można dostrzec w oddali w linii prostej jego odpowiednik na Polach Elizejskich.

Po trudach poprzednich dni udajemy się wcześniej do „domu”, aby trochę zregenerować siły i mamy w planie podjechanie do jakiegoś supermarketu w celu uzupełnienia zapasów.

 

Czwartek

     Jedziemy na cmentarz „Pere Lachaise”. Znajduje się on przy stacji metra o takiej samej nazwie. Naszym celem jest odwiedzenie grobu Chopina (zdjęcie). Trzeba przyznać, że grób ten jest jednym z lepiej utrzymanych i pełnym świeżych kwiatów. Poza tym nie zauważyłem tylu ludzi przy innych grobach. Nie były to jakieś wielkie tłumy, ale jednak grupka ludzi. Następnie jedziemy w okolice Centrum Pompidou (zdjęcie), aby zobaczyć sam budynek (jak dla mnie – koszmar, paskudztwo) i powłóczyć się po okolicznych uliczkach.

We wczesnych godzinach popołudniowych wracamy na kwaterę w celu zjedzenia obiadu, ponieważ planujemy wieczorny wypad na miasto. Polecam, co niektóre zabytki i samo miasto zobaczyć wieczorem, w światłach reflektorów. Ma to swój urok.

Wieczorem jedziemy na Montmartre gdzie jest piękny widok na Paryż (zdjęcie), gdzie są piękne pełne ludzi uliczki ze stolikami na chodniku z pobliskich restauracji (zdjęcie). Potem jedziemy na Trocadero aby pooglądać Wieże Eiffel w balasku reflektorów (zdjęcie). W drodze powrotnej wysiadamy w La Defense, która robi dużo lepsze wrażenie w blasku reflektorów (zdjęcie).

Późnym wieczorem wracamy na kwaterę. Następnego dnia wyjeżdżamy do Amsterdamu, więc trzeba wypocząć.

 

Do Amsterdamu

    Rano pakowanie i wyjazd do Amsterdamu. Nie mogliśmy znaleźć dziewczyny z recepcji, aby oddać klucz, więc zostawiliśmy klucz wraz z kartką na stoliku w namiocie recepcji. Chyba wszystko w porządku, bo do tej pory nikt się nie zgłosił.

Z Paryża wyjechaliśmy o 8,45 rano, drogą nr 184, która okrąża Paryż i włącza się do autostrady nr 16. Po kilku kilometrach opuszczamy autostradę (dalej już jest płatna) i jedziemy drogą nr 1 w kierunku Amiens. Po drodze tankowanie przy supermarkecie (najtaniej).

W Amiens zatrzymujemy się, aby zobaczyć katedrę (zdjęcie, zdjęcie). Taką ciekawostką jest to, że na posadzce jest labirynt, który w dawnych czasach służył do odbywania „zastępczych” pielgrzymek do Ziemi Świętej.

O 11:30 opuszczamy Amiens i drogą nr 25 jedziemy w kierunku Lille do granicy z Holandią. Za Arras wjeżdżamy na drogę nr 50 i na autostradę A1 która nie jest już płatna aż do granicy. Za Lille autostradą A22 przekraczamy granicę i zmienia ona oznaczenie na A14. W Belgii należy być bardziej uważnym, mają gorzej oznakowane drogi, którą łatwo pomylić. Autostradą A14 jedziemy na Antwerpię. Przed Antwerpią skręcamy w A11 a następnie R2 i tunelem (płatnym ok. 3 €) pod ujściem rzeki Schelde dojeżdżamy do A12. Aby ominąć opłat za przejazd tunelem można objechać miasto od południa i zachodu obwodnicą R1. Unikamy opłaty, ale nadkładamy drogi a poza tym istnieje ryzyko, że mogą być korki.

A 12 dojeżdżamy do A58 i kierujemy się w kierunku Goes. Naszym zamiarem jest przejechanie wzdłuż wybrzeża groblami przecinającymi zatoki i ujścia rzek. W tym celu skręcamy w drogę nr N256 a następnie w N59 i autostradą A29 w kierunku Rotterdamu. Miasto objeżdżamy od zachodu autostradą A 15 i A4 kierując się na Hagę i Amsterdam. Na 19 zjeździe drogą N206 dojeżdżamy do Rijnsburga gdzie mamy zarezerwowany nocleg na jedną noc w podobnej przyczepie jak w Paryżu. Istnieje możliwość darmowego skorzystania z basenu krytego. Koszt jednorazowego wejścia wliczony w cenę rezerwacji.

Jest godzina 17:00 i po krótkim odpoczynku, małym posiłku jedziemy do oddalonego o około 20 km Amsterdamu.

 

Amsterdam

     Wokół Amsterdamu biegnie obwodnica oznaczona A10. Od niej w kierunku centrum odchodzą drogi dojazdowe oznaczone S 101, S 102 itd. Początek numeracji jest od zachodniego brzegu kanału i kolejność jest odwrotna do wskazówek zegara. Ostatni jest na wschodnim brzegu o numerze S 118. My dojeżdżając autostradą A4 skierowaliśmy się na zachodnią część miasta i do centrum wjechaliśmy S 103, która zaprowadziła nas niedaleko dworca i centrum starego miasta. Parkowaliśmy na ulicy z tym, że należy pamiętać o wykupieniu biletu parkingowego i nie należy raczej oszczędzać, bo może się to skończyć blokadą koła i karą 80 €. Osobiście widziałem jak dwoje Niemców płaciło ekstra za przekroczenie czasu. W czasie rozmowy okazało się, że spóźnili się o 15 min. Ale wiadome jest powszechnie że Holendrzy nie darzą sympatią Niemców.

Miasto pełne kanałów (zdjęcie) no i oczywiście rowerów. Rowery były wszędzie (zdjęcie). Najbardziej zdumiewający był olbrzymi parking na rowery (zdjęcie). Zastanawialiśmy się tylko jak właściciel znajduje swój rower.

Miasto będące mieszanką różnych kultur i ludzi. Jednak wspaniałą atmosferę luzu i nocnego życia przyćmiewał panujący brud, stosy śmieci na chodnikach (zdjęcie). Proszę zwrócić uwagę na zdjęcie – jest godzina 19-20 – chodniki pełne ludzi, stolików z pobliskich restauracji a pomiędzy nimi stosy śmieci. A śmieją się z nas Polaków, że nie potrafimy utrzymać porządku. Druga rzecz to zapach – hmm, Wenecja to przy tym pachnie.

Późnym wieczorem opuszczamy Amsterdam i wracamy na nocleg do Rijnsburga.

 

Powrót

    Rano po śniadaniu wyruszamy w drogę powrotną do domu. Przed Amsterdamem zatankowanie tak, aby starczyło do Niemiec, ponieważ w Holandii jest dosyć drogo. Amsterdam objeżdżamy od południa autostradą A10 (od północy jest tunel i obawiałem się, że będzie płatny) i wjeżdżamy na drogę nr N 247, która jest oznaczona jako widokowa. Przed Hoorn łączy się ona z autostradą A7. Następnie już cały czas trzymając się Autostrady A7 kierując się na Groningen jedziemy w kierunku Niemiec. Około 13:00 przekraczamy granicę i dalej A31 i A28 dojeżdżamy do Bremy, gdzie uzupełniamy paliwo. Równie drogie jak w Holandii. Po wyliczeniu nie tankuje do pełna, jedynie tak, aby dojechać do granicy z Polską.

Jadąc przez Niemcy to jak zwykle nuda – jedynie autostrada i autostrada. Kierujemy się na Hannover, Berlin. Przed Hannoverem jest oddana w całości do użytku autostrada A14, którą przez Lipsk można dojechać do A4 i do Zgorzelca (Jędrzychowic). Chcąc przekraczać granicę w Zgorzelcu zmieniłem plany i pojechaliśmy A14. Niestety nie zwróciłem uwagi, że po stronie Niemieckiej nadkłada się ok. 50 km drogi w stosunku do tego, co kalkulowałem tankując pod Bremą. O mało nie skończyło się to tym, że brakłoby nam benzyny tuż przed granicą. Wjeżdżając na przejście silnik zaczął przerywać. Na szczęście po stronie Polskiej stacja jest niedaleko od granicy.

Jesteśmy w Polsce- godzina 21:00. We Wrocławiu stajemy na mały posiłek i jedziemy do Krakowa. Polska wita nas podobną pogodą jak nas żegnała – deszcz. Do Krakowa docieramy o godzinie 2:00 po północy.

 

Podsumowanie

    Cały wyjazd to 3892 km i koszt około 3 000 zł. Rozbijając to na dwie osoby wychodzi po 1500 zł. Przy większej liczbie osób koszt ten będzie mniejszy, ponieważ zmniejszają się koszty dojazdu jak i zamieszkania. Koszt przyczepy nie jest uzależniony od ilości mieszkających ludzi. Ważne jest, aby nie przekroczyć dopuszczalnej ilości tj. cztery dorosłe i troje dzieci.

Należy zaznaczyć, że w zasadzie nie stołowaliśmy się w restauracjach. Większość produktów spożywczych wzięliśmy ze sobą i gotowaliśmy posiłki we własnym zakresie. Biorąc pod uwagę Paryż i związane z tym koszty wyżywienia jest to duża oszczędność.

Mimo zmęczenia długą drogą powrotną wycieczka była wspaniała i na pewno zostanie w pamięci

W celu oglądnięcia wszystkich zdjęć zapraszam do galerii