Strona główna Mapa Obliczenia, koszty
Wiosna tego roku nas nie rozpieszcza, więc jednym ze zmartwień jakie miałem przed wyjazdem była pogoda – czy będzie na tyle „ładnie” aby nie przeszkadzało nam to w zwiedzaniu.
Wyjazd w czwartek wieczorem. Mimo dwojga dorosłych i dwójki dzieci jakoś spakowaliśmy się do bądź co bądź małej Hondy Civic. Jedziemy przez Chyżne na Słowację. Przed granicą zatankowanie do pełna i zapasu 10 l. Dotychczas było tak, że na Słowacji paliwo było tańsze, ale ostatnimi czasy to się zmieniło: w Polsce jest taniej niż na Słowacji. Winieta na autostradę kosztuje 150 koron na 15 dni, można ją zakupić na granicy. Po przekroczeniu granicy na odcinku 150 km jest „zwykła” droga, a następne 150 km do Bratysławy już autostrada. Na granicy z Austrią meldujemy się ok. 1:00. Już na terenie Austrii dolewam 10 l paliwa z kanistra. Wjeżdżając w nocy do Austrii jest pewien problem z zakupem winiety na autostradę. Pierwsza stacja benzynowa na której można takową zakupić jest dopiero w Wiedniu. Więc trzeba ryzykować i mieć nadzieję, że nie przyczepi się w międzyczasie żaden policjant. I tak dojeżdżamy do Wiednia gdzie po minięciu miasta zatrzymujemy się na stacji benzynowej i kupujemy winietę; robimy przy okazji krótki postój na rozprostowanie nóg.
A potem dalej A2 na południe w stronę Villach. Pewnie większość, którzy jeżdżą na wakacje na południe Europy, zna ją jak własną kieszeń.
W okolicach Klagenfurtu zaczęło robić się dosyć zimno i popsuła się pogoda. Widać było, że w górach pada deszcz a gdy można było zobaczyć szczyty Alp to wyjaśniła się przyczyna ochłodzenia. Szczyty gór były pokryte śniegiem, który spadł niedawno. Przed Villach zjeżdżamy z A2 na drogę o ile się nie mylę B83. Drogowskazy są chyba na Pockau i Wurzenpass. Za stacją benzynową skręcamy w lewo i jedziemy do przejścia granicznego ze Słowenią. Podjazd jest naprawdę bardzo ostry. Podjeżdżając pod przełęcz na poboczu drogi leży dosyć dużo śniegu, a przecież to już był maj. Granica znajduje się na szczycie. Po zjechaniu w dół skręcamy w prawo i po kilku kilometrach jesteśmy przed granicą włoską. Tuż przed granicą jest stacja benzynowa, która była celem naszej wizyty w Słowenii. Koszt paliwa (można płacić w euro i kartą) 0,80€. Otwarta jest od 7:00 do 20:00 lub 22:00. My byliśmy przed 7:00, więc przy okazji zrobiliśmy przerwę na śniadanie (zdjecie).
Tankujemy do pełna i jak zwykle do kanistra. Na granicy znudzeni włoscy celnicy tylko pytają czy mamy paszporty i nawet nie zaglądając do nich każą jechać dalej. Pogoda psuje się coraz bardziej, zaczyna mżyć a po pewnym czasie coraz mocniej padać. Jadąc przez Tarvisio trzeba na początku kierować się do centrum i potem tak jak na autostradę. Już po wyjechaniu z Tarvisio jest wjazd na autostradę lub dalej można jechać „nacjonalką” nr 13 w celu oszczędzenia trochę gotówki a i krajobrazy są dosyć ładne. Pogoda nam nie sprzyjała, deszcz zaczynał padać coraz mocniej a chmury były tak nisko, że miało się wrażenie, że w nich jedziemy. W Gemona del Friuli skręcamy na SS 463. Odbicie na tą drogę jest w mieście przed wiaduktem nad torami kolejowymi. Trzeba uważać, bo drogowskaz jest mały a samo skrzyżowanie jest zasłonięte. Potem znowu dojeżdżamy do drogi nr SS 13 i skręcamy w prawo a za mostem po przejechaniu rzeki odbijamy w lewo i kontynuujemy jazdę 463. Tym sposobem skraca się trochę drogę a poza tym omija się Udine, które przejechać jest dosyć ciężko ze względu na duży ruch samochodowy.
W Portogruaro wjeżdżamy na drogę nr SS 14, która biegnie równolegle wzdłuż autostrady do Wenecji. Przed Wenecją zauważamy nieznaczną poprawę pogody, deszcz pada już coraz mniej intensywnie. Gdy wjeżdżamy do miasta przestaje padać a niebo zaczyna się przejaśniać. Przejeżdżając przez Mestre należy trzymać się drogi nr SS 14, przejechać koło lotniska (Marco Polo) i potem wjechać na drogę nr SS 11. Tylko, jeżeli nie chcemy jechać do Wenecji lecz dalej na południe wzdłuż wybrzeża to przy wjeździe na wiadukt nie należy kierować się na Wenecję ale w przeciwnym kierunku (na prawo) – nie pamiętam na co są kierunki. Po około trzech kilometrach 11 – tka odbija w lewo – trzeba uważać, aby tego nie przejechać. Jeżeli przegapimy zjazd i pojedziemy prosto to będziemy mieli możność wjechać na autostradę A 4 w kierunku na Padwę. Jeżeli ktoś, mimo że nie chce jechać autostradą a pojedzie prosto to bez paniki – tuż przed wjazdem na autostradę jest takie wielki rondo (pod autostradą) i tam trzeba wjechać na drogę nr SS 309, która biegnie właśnie wzdłuż wybrzeża na południe.
Takie mam spostrzeżenia: poprzednio jechałem tą drogą (mam na myśli SS 309) w 1999. Jej nawierzchnia była powiedzmy na 4 w skali do 5. Niestety teraz dałbym jej słabe 3 lub 2,5. Trochę dziur, jakieś nie wyrównane łaty asfaltu, strasznie duży ruch ciężarówek.
Drugi raz nie pojechałbym nią. Wydaje mi się że dużo lepiej już jechać z Mestre na Padwę autostradą A 4, potem A 13 do Bolonii a potem A 14 w kierunku na Rimini, i SS 3. Mimo że to wszystko płatne autostrady radzę skorzystać z nich niż męczyć siebie (i samochód) po tej dziurawej i zatłoczonej drodze jaką jest 309.
My jedziemy 309 – tką do Rawenny. Za Rawenną wjeżdżamy na SS 3, która biegnie już prawie do samego Rzymu. Jest to dwupasmówka ale nie autostrada. Między Rawenną a skrzyżowaniem z A 14 panuje dosyć duży ruch samochodowy. Zresztą na całej SS 3 jest dosyć duży ruch, a szczególnie w pobliżu Perugi. W okolicach Terni kończy się dwupasmówka i my zjeżdżamy z SS 3 na S 204. Jeżeli ktoś jedzie do samego Rzymu to nadal powinien trzymać się SS 3.
W Orte opuszczamy S 204 i SS 315 jedziemy wzdłuż autostrady A1. W końcu po przejechaniu prawie 1 600 km dojeżdżamy do Fiano Romano gdzie na kempingu mieliśmy wykupione noclegi. Trafić na kemping nie jest trudno – trzeba zjechać w dół do „centrum” miasteczka. Następnie skręcić w prawo pod górę (jeżeli ktoś jedzie od strony autostrady to w lewo). Trzeba dobrze się rozglądać – są drogowskazy. Po wyjechaniu na wzgórze skręcamy w prawo, zjazd w dół i znowu podjazd. Na drugim podjeździe trzeba uważać, bo należy skręcić w prawo – trochę nie widoczna ta dróżka. Po około 300 m dojeżdżamy do kempingu.
Kilka słów o kempingu. Położony na stoku wzgórza, z mnóstwem drzew. Dużo bungalowów do wynajęcia, internet, restauracja, o ile się nie mylę również pralnia. My mieszkaliśmy w jednej z takich przyczep (zdjęcie, zdjęcie). Patrząc po rejestracjach samochodowych to Polacy stanowili największą grupę narodowościową na tym kempingu.
Jeżeli ktoś planuje wycieczki do Rzymu to istnieje możliwość dojazdu specjalnym autobusem z kempingu do Rzymu. Koszt ok. 6 € za osobę. Wyjazd o 9:00 a powrót chyba o 18:00. Korzystanie z publicznego środka lokomocji nie polecam – jeździ tam kilka autobusów w ciągu dnia i podobno nigdy nie trzymają się rozkładu. Poza tym w restauracji przy przystanku (gdzie znajduje się rozkład jazdy autobusów) pani powiedziała, że ona sama nie wie czy to jest aktualne. I jeszcze jedna sprawa – z kempingu do centrum miasteczka jest ok. 2 km.
Pozostaje jeszcze jeden sposób na dotarcie do Rzymu – we własnym zakresie i częściowo własnym transportem. Ma on tą zaletę, że nie jest się uzależnionym - czy to z wyjazdem czy powrotem - od nikogo. Poza tym, jeżeli jest powiedzmy cztery osoby na samochód to podejrzewam, że kosztowo wychodzi taniej jazda samochodem i kolejką.
Dojazd samochodem do Rzymu.
Po zjechaniu z kempingu do Fiano Romano należy skręcić w prawo w stronę autostrady. Nie wjeżdżamy na autostradę tylko wciąż wzdłuż autostrady jedziemy drogą nr SP15A (Via Tiberina). W Prima Porta wjeżdżamy na SS3 w kierunku na Rzym. Trzeba uważać i nie wjeżdżamy w pierwszy wjazd na SS3 w lewo (bo pojedziemy w przeciwnym kierunku niż do Rzymu) tylko w drugi. Jest to bezkolizyjny wjazd na SS3 bo droga ta w tym miejscu jest dwupasmowa. Przejeżdżamy pod obwodnicą Rzymu i potem trzymamy się prawego pasa, bo po ok. 1 km jest zjazd w prawo w Saxa Rubra. Po zjechaniu z SS3 jest skrzyżowanie w lewo. Wygląda to tak jakby droga była przedzielona na środku wysepką i człowiek odruchowo wjeżdża w tą część po prawej – niestety tym sposobem wyjedzie z powrotem na SS3. Należy wjechać w drogę po lewej stronie wysepki, która przeprowadzi nas nad SS3 i zjedziemy na duży parking przy stacji kolejowej przeznaczony dla osobówek i autobusów. Koszt postoju od 9:00 do 20:00 wynosi 0,70 € za dzień. To nie pomyłka – też byliśmy lekko zdziwieni. Parking jest otwarty 24 godziny tak, że jak ktoś wróci po 20:00 to nawet nie będzie musiał płacić tych 70 centów, bo już nie będzie gościa w budce. W weekendy i dni wolne od pracy parking jest darmowy.
Bilet na pociąg, (który kursuje dosyć często) kosztuje 1 € (jednorazowy) lub 4 € całodniowy (uwzględniający metro). W Rzymie są chyba dwie czy trzy linie metra, więc przed wykupywaniem biletu całodniowego trzeba się zastanowić czy będziemy z nich korzystać i czy się zwróci większy koszt zakupu niż bilet do Rzymu i powrotny (2 €). Nie ma ulgowych dla dzieci.
Pociągi są dosyć hmm – kolorowe (zdjęcie). Należy jechać do końcowej stacji , o ile się nie mylę o nazwie Viterbo. Znajduje się ona przy Piazzale Flaminio i niedaleko wyjścia ze stacji jest wejście do metra (stacja Flaminio). I jeszcze jedno – bilet po wejściu do pociągu należy skasować w kasowniku.
Trzy dni w Rzymie
Dzień pierwszy
Dojeżdżamy do Rzymu tak jak opisałem wcześniej. Ze stacji przechodzimy przez Piazza del Popolo i Via di Ripetta kierujemy się w kierunku Piazza Navona. Podobno nazywany jest najpiękniejszym placem Rzymu. Za czasów Imperium w tym miejscu znajdował się hipodrom wzniesiony przez cesarza Domicjana (86 r). Oczywiście z dawnym hipodromem plac nie ma nic wspólnego, może z wyjątkiem eliptycznego kształtu. Potem idziemy do Panteonu (zdjęcie). Niestety była to sobota, a w dni wolne od pracy wnętrze jest zamknięte. Należy on do nielicznych budynków, które zachowały się prawie w niezmienionej formie od 2 tyś. lat. Jednak nikt ze współczesnych nie ma pojęcia, w jakim przeznaczeniu powstała ta budowla (świątynia).
Wnętrze postanawiamy obejrzeć w poniedziałek.
Dalej idziemy wąskimi uliczkami w kierunku głównego celu dzisiejszego zwiedzania - w kierunku Forum Romanum. Po drodze często spotykamy samochody, których raczej nie spotka się w Polsce (zdjęcie) a tam często wykorzystywane z powodu wąskich uliczek i problemami z zaparkowaniem.
Dochodzimy do Piazza Venezia i (zdjęcie) po zwiedzeniu Ołtarza Ojczyzny wzniesionego na przełomie XIX i XX w dla upamiętnienia zjednoczenia ojczyzny, obchodzimy go z prawej strony i po stromych schodach (zdjęcie) wchodzimy na Wzgórze Kapitolińskie stanowiące kiedyś polityczne centrum miasta. Będąc na szczycie warto zaglądnąć do najstarszego kościoła w Rzymie - Santa Maria In Aracoeli (zdjęcie) wzniesionego na miejscu świątyni Jowisza.
Po zwiedzeniu kościoła udajemy się w stronę Forum Romanum. Na Palazzo Senatorio warto zatrzymać się, aby móc podziwiać panoramę całego Forum Romanum (zdjęcie, zdjęcie). No cóż, jeżeli ktoś nastawia się na podziwianie jakiś imponujących budowli może być rozczarowany. Trzeba mieć świadomość 2 tysięcy lat historii i że przez ten czas budowle te były wielokrotnie burzone, przesuwane, niszczone. Należy podziwiać piękno ruin i docenić to, że kiedyś stąpali tędy Cezar, Klaudiusz i wielu innych sławnych ludzi (zdjęcie, zdjęcie). Stojąc na Via Sacra pomyśleć, że „arterią” tą w triumfalnej paradzie szli zwycięscy cesarze. Legiony z tego, co wiem musiały pozostawać poza murami miasta.
Nad Forum góruje jedno z siedmiu wzgórz Rzymu – Palatyn (wzgórze pałaców). Wchodzi się na niego od strony Forum po wykupieniu biletu. Bilet ten upoważnia również do wejścia do Koloseum. My mieliśmy szczęście bo byliśmy 1 maja - w dniu przystąpienia Polski do Unii - i z tego powodu bilet kosztował 1 € na osobę. Normalnie kosztuje ok. 6,5 €. Należy pytać o tzw. bilety łączone w przypadku, gdy chce się zwiedzać jeszcze inne zabytki – może się okazać, że wyjdzie taniej.
Na wzgórzu znajduje się wiele ruin pałaców wznoszonych za czasów imperium przez najzamożniejszych mieszkańców (stąd wywodzi się nazwa – „pałac”). Pomijając już nawet same ruiny (zdjęcie) warto wejść na nie ze względu na widok (zdjęcie), jaki rozpościera się na Forum (zdjęcie , zdjęcie ) i Koloseum (zdjęcie).
Po małym pikniku na wzgórzu udajemy się do Koloseum (zdjęcie). Oczywiście był tłum ludzi, ale przejście przez wszędobylskie bramki wykrywające metal odbywało się dosyć sprawnie. Pod warunkiem, że posiadało się bilet (my mieliśmy ten z Palatynu), bo kolejki do kas były ogromne.
Po labiryncie schodów i korytarzy (zdjęcie) można naprawdę chodzić bardzo długo i sycić się widokami (zdjęcie). Poza tym w przeciwieństwie do Forum, Koloseum nie wymaga już takiej wyobraźni, aby można było sobie uzmysłowić jego funkcję i rozmiary.
Przed Koloseum można spotkać ludzi, którzy poprzebierani w stroje Pretorian za opłatą pozują do zdjęć. Po wstępnej rozmowie zażądali 5 € za zdjęcie (zdziercy). Mieliśmy już zrezygnować, gdy podeszła wycieczka (chyba Amerykanów) emerytów. Przewodnik zaczął im objaśniać na przykładzie jednego z Pretorian budowę zbroi. Potem (chyba mają jakąś zryczałtowaną opłatę) każdy z wycieczki mógł sobie zrobić zdjęcie. My podczas omawiania zbroi wmieszaliśmy się w wycieczkę, ponieważ też chcieliśmy posłuchać. W momencie, gdy zaczęli robić zdjęcia pomyślałem, czemu nie skorzystać – no i dzieci mają pamiątkę (zdjęcie ).
Pomału kończył się dzień. Idąc wzdłuż Forum Imperiali kierowaliśmy się w stronę dworca skąd mieliśmy kolejkę. Po drodze zahaczyliśmy o Fontannę di Trevi (zdjęcie), która jest oblegana przez turystów o każdej porze dnia i nocy (zdjęcie). Naprawdę ciężko było się przepchać, aby coś zobaczyć, a i ze zdjęciem był trochę problem aby nikt nie wchodził w kadr.
Podobnie wyglądała sytuacja na Piazza di Spagna gdzie znajdują się „Hiszpańskie Schody” (zdjęcie).
Potem już tylko kolejka do parkingu (darmowy – bo to sobota) i powrotną drogą na kemping.
Dzień drugi
Była niedziela, więc postanowiliśmy pójść na 12:00 do Watykanu na Anioł Pański odmawiany przez Papieża. Po śniadaniu tak jak poprzedniego dnia dojechaliśmy do stacji Roma-Viterbo. Następnie spokojnie spacerkiem idąc wzdłuż Tybru (zdjęcie) doszliśmy do Placu Św. Piotra (zdjęcie). Tak koło 11:00 było jeszcze w miarę luźno, ale czym bliżej 12:00 to zbierał się dosyć duży tłum ludzi (zdjęcie). Oczywiście najliczniejszą grupę stanowili Polacy, chociaż nie brakowało różnych egzotycznych narodowości. Ze względu na to, że była niedziela i muzea watykańskie były zamknięte postanowiliśmy pojechać do Monte Cassino. Idąc koło Sant’ Angelo (zdjęcie) wróciliśmy na stacje Roma-Viterbo i na parking gdzie zostawiliśmy samochód.
Wyjechaliśmy na SS 3 a następnie objechaliśmy Rzym obwodnicą E80. Aby uniknąć jazdy płatną autostradą zjechaliśmy na 18-tym zjeździe na SS6, która biegnie wzdłuż A1. Przez około 20 km droga biegnie po przedmieściach Rzymu, które kojarzą się bardziej ze slumsami niż z wielką metropolią. Ruch panował na niej dosyć duży, a i przytrafiła się nam przygoda z policją. Jadąc za pewnym samochodem („tubylcem”), który nie za bardzo się przykładał do przestrzegania przepisów pomykaliśmy w najlepsze przeświadczeni, że jak by co to złapią jego. Zjeżdżając z górki była podwójna ciągła, on wyprzedził jakiegoś marudera, ja za nim też wyprzedzam. Tylko, że on zdążył zanim wyjechaliśmy zza drzew, ja niestety nie. A na dole stała policja. Oczywiście zatrzymali nas. Podszedł policjant coś tam mówi po włosku, zrozumiałem tylko „lajna” – chyba mu chodziło o ciągłą linie. Potem pomachał nam ręka i mówi „ciao” „bay”. Nawet nie zdążyłem wysiąść. Powiedziałem tylko „thank you” i "bay”.
A już myślałem, że będą lżejszy o kilka euro. Tym razem się udało.
Trzeba uważać w miejscowości Frosinone – strasznie kiepskie oznakowanie.
W samym Cassino trzeba jechać w stronę centrum miasta, potem są drogowskazy kierujące na polski cmentarz i klasztor. Sam podjazd jest dosyć ostry, ale za to można w trakcie podjazdu podziwiać ładne widoki na dolinę i na miasto Cassino (zdjęcie). Przed szczytem droga się rozwidla, jadąc w lewo dojedzie się do klasztoru, a skręcając w prawo jest parking, lub jeszcze dalej i w prawo dojedzie się do przeciwległego zbocza (gdzie też jest parking) i cmentarz żołnierzy polskich. Dojście do samego cmentarza jest alejką wśród drzew (zdjęcie, zdjęcie)
Parking przed cmentarzem jak i ten przy rozwidleniu jest bezpłatny. Idąc z cmentarza do klasztoru warto zostawić samochód na parkingu przy rozwidleniu i podejść „kilka” kroków a dzięki temu nie trzeba płacić za parking na terenie klasztoru. W maju klasztor jest otwarty (tzn. wpuszczają gości) do 17:00. Trzeba też pamiętać o odpowiednim stroju. Szczególnie dziewczyny mogą nie być wpuszczone lub zostaną upomniane przez zakonników czy to ochronę w przypadku, gdy mają za krótką koszulkę lub spódniczkę.
Klasztor został założony w 529 roku, ale oczywiście istniejąca budowla powstała po II wojnie światowej. W czasie walk została doszczętnie zburzona, potem odbudowany z zachowaniem średniowiecznego stylu. Może większe wrażenie od samych budowli robi ich położenie.
Z klasztoru można podziwiać widok na cmentarz żołnierzy polskich, który znajduje się na przeciwległym zboczu (zdjęcie). W tym celu po wyjściu z kaplicy (zdjęcie) trzeba zejść po schodach w dół i wejść na balkon. Cmentarz jest widoczny po prawej stronie.
Koło 19:00 zaczęliśmy zbierać się do domu, przed nami prawie dwie godziny jazdy. Wracaliśmy tak jak poprzednio SS6 i jak poprzednio znowu były problemy w Frosinone z oznakowaniem. Chyba, że ja coś za każdym razem przeoczyłem, w każdym bądź razie i w jedną i w drugą stronę był kłopot z wyjazdem z miasta. Po dotarciu do obwodnicy wjeżdżamy na nią i jedziemy wokół Rzymu. Potem (bo już było trochę późno i byliśmy dosyć głodni), aby zaoszczędzić czas decydujemy się nie jechać jak zwykle SP15A tylko A1DIR łączącą obwodnice z autostradą A1. Przed wjazdem na A1 zjeżdżamy z autostrady (koszt przejazdu 2 € - płatne przy zjeździe) i włączamy się do SP15A przed Fiano Romano.
Dzień trzeci
Rano pobudka i jazda do Rzymu. Na stacji tym razem kupujemy bilety całodniowe, (za 4 €) ponieważ planujemy przejazdy metrem. Na stacji Roma-Viterbo wsiadamy do metra (Flaminio) i jedziemy w stronę Watykanu. Co prawda jest przystanek „Cipro Musei Vaticani”, który sugeruje że tutaj najlepiej wysiąść udając się do muzeów watykańskich, ale moim zdaniem bliżej jest ze stacji „Ottaviano San Pietro”. Kiedy przyszliśmy pod muzeum trochę przeraziliśmy się kolejki jaką zastaliśmy. Ciągnęła się ona prawie aż do Placu Św.Piotra. Ale nie trzeba panikować jeżeli komuś zdarzy się zastać taką kolejkę. Posuwa się ona bardzo szybko, ponieważ jest spowodowana tylko przez bramki do wykrywania metali, przez jaką każdy ze zwiedzających musi przejść. Potem przy kasach już nie ma takiego tłoku. Wstęp - 12 € dla dorosłych i 8 € dla dzieci.
Trzeba pamiętać, że muzeum nie jest czynne w niedziele, z wyjątkiem ostatniej niedzieli miesiąca, kiedy to jest wstęp za darmo. Oczywiście w tedy jest największy tłok.
Nie będę tutaj omawiał całego muzeum, nadmienię tylko, że nie sposób zwiedzić całego w jeden dzień. Każdy powinien sobie wcześniej wybrać te części, którym chce poświęcić więcej czasu (zdjęcie). Największy ścisk panował w Kaplicy Sykstyńskiej (zdjęcie). Nie wolno robić tam zdjęć (pilnują tego dosyć rygorystycznie strażnicy), mnie jednak udało się zrobić zdjęcie (”z biodra”).
Po wyjściu z muzeum – a były trochę z tym kłopoty, bo w pewnym momencie nie mogliśmy znaleźć drogi do wyjścia – poszliśmy na Plac Św. Piotra i do bazyliki. Oczywiście zwiedzając Bazylikę Św. Piotra obowiązują ścisłe reguły dotyczące stroju. Szczególnie dotyczy to kobiet – żadnych mini, odsłoniętych ramion, czy nawet krótkich spodni. Przed wejściem może zdarzyć się, że będzie kolejka, ale nie należy się tym zrażać – posuwa się ona bardzo szybko.
Oczywiście nie mogliśmy odmówić sobie wejścia na szczyt kopuły. Wejście jest po prawej stronie patrząc na bazylikę. Bilet kosztuje 4€ od osoby. Można skorzystać z windy, ale pokonuje ona tylko połowę dystansu a potem i tak trzeba iść na piechotę. Oczywiście bilet na windę jest droższy.
Jednak droga schodami nie jest tak bardzo męcząca i można śmiało zrezygnować z windy. Idąc schodami w pewnym momencie wchodzi się na galerię z której jest widok na wnętrze bazylik (zdjęcie). Jednak w wykonaniu dobrego zdjęcia przeszkadza zamontowana gęsta siatka. W pewnym momencie wychodzi się na dach Bazyliki (zdjęcie) a potem już bardzo stromymi i wąskimi schodami (zdjęcie) na sam szczyt kopuły (zdjęcie). I już możemy podziwiać panoramę Rzymu (zdjęcie, zdjęcie) i okolic.
Było już dobrze po południu i postanowiliśmy wrócić na chwilę na kwaterę zjeść obiad a potem przyjechać wieczorem, aby zobaczyć Rzym nocą. Po drodze na stację wstąpiliśmy jeszcze do Panteonu, który był zamknięty w sobotę, aby zwiedzić wnętrze (zdjęcie, zdjęcie). Jest to budowla – aktualnie kościół – w którym nie ma okien. Jedynym otworem, przez które wpada naturalne światło to 9 metrowy otwór w kopule. Kopuła Panteonu była największą tego typu budowlą do 1958 roku.
Późnym popołudniem przyjechaliśmy ponownie do Rzymu, aby zobaczyć niektóre miejsca w nocy, oświetlone lampami. Przy okazji poszliśmy zobaczyć Bocca della Verita – czyli Usta Prawdy (zdjęcie). Znajdują się one w kościele Santa Maria in Cosmedin– w portyku po lewej stronie stojąc twarzą do fasady - niedaleko Circo Massimo.
Wedle legendy, usta zamykają się, gdy wsunie w nie rękę ktoś o nieczystym sumieniu.
Potem okrążając Wzgórze Palatynu weszliśmy ponownie na Kapitol skąd można było podziwiać Forum Romanum oświetlone sztucznym światłem (zdjęcie, zdjęcie). Warto przespacerować się wieczorem również po Piazza Venezia. Idąc Fori Imperiali doszliśmy do Koloseum (zdjęcie). Naprawdę warto, nie wiem nawet czy nie ładniej, bardziej tajemniczo wygląda ono w nocy w oświetleniu niż w dzień, gdy kłębią się wokół niego tłumy turystów (zdjęcie).
Korzystając z metra pojechaliśmy zobaczyć o wieczornej porze Fontannę di Trevi a następnie Hiszpańskie Schody. Niestety – czy to w dzień czy o 10 wieczorem i pod fontanną i na schodach kłębił się tłum ludzi.
Jednym z ostatnich pociągów wróciliśmy na parking po samochód i do domu.
Jutro czekała nas droga do Wenecji.
Do Wenecji
Pobudka rano, śniadanie, oddanie kluczy i w drogę do Wenecji – wyjeżdżamy koło 9:00. Po drodze zamierzamy wstąpić do San Marino. Chcieliśmy jechać tą samą droga, którą przyjechaliśmy. Niestety z powodu dosyć słabego oznakowania bocznych dróg, i może mojej sklerozy musieliśmy skręcić na którymś skrzyżowaniu nie w tą przecznice co było trzeba i trochę pobłądziliśmy. Tzn. w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że jedziemy nie tą drogą którą zamierzaliśmy. Po kilkunastu kilometrach wreszcie zidentyfikowaliśmy nr drogi. Nie opłacało się nam zawracać, więc po modyfikacji planów dalej pojechaliśmy tak, że do zaplanowanej drogi dołączyliśmy koło Terni. Potem włączyliśmy się już w dobrze znaną SS 3Bis. Za Citta di Castello zjechaliśmy na SS 258 aby skrócić drogę do San Marino. Miejscami jest ona dosyć kręta i trzeba dobrze zwracać uwagę na drogowskazy na wszelkiego rodzaju rozjazdach. SS 258 prowadzi do Rimini, więc w pewnym momencie trzeba odbić na SP 15 TER, która prowadzi już do samego San Marino. Granica jest oczywiście tylko umowna. Po dojechaniu do głównej drogi trzeba się kierować w prawo w górę do centrum. Tam należy zostawić samochód na jednym z wielu parkingów. Koszt to jest ok. 1,5 € za godzinę. Do San Marino docieramy o 13:00.
Niestety, jeżeli ktoś nastawia się na robienie tanich zakupów tak jak to było w latach 90-tych to srodze się zawiedzie. Nie jest to już raj dla kupujących (i dla sprzedawców przez to też się skończyły dobre lata). Ceny są nawet wyższe niż w samych Włoszech. Tak, że po krótkim spacerze wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw SS 72 w kierunku Rimini gdzie włączyliśmy się w A14, która na odcinku wokół miasta jest nie płatna. Aby uniknąć korków, jakie panują przeważnie na biegnącej wzdłuż wybrzeża do Rawenny SS 16, zdecydowałem się jechać SS 9 w kierunku na Cesene gdzie można się włączyć ponownie w SS 3 Bis. Potem w Rawennie na dobrze znaną SS 309 na której jak zwykle panował malutki „ścisk”. I tym sposobem późnym popołudniem docieramy do Wenecji. Kemping na którym mieliśmy zarezerwowany nocleg znajdował się po drugiej stronie zatoki – nie daleko Lido di Jesolo. Należy minąć Mestre i jechać w kierunku jak na lotnisko Marco Polo SS14. Za lotniskiem wjechać na SP 43 w kierunku właśnie na Lido a potem na SP 42 na Punta Sabbioni. Kemping o nazwie Marina di Venezia mieści się około 2 km przed Punta po lewej stronie.
Kemping jest położony przy samej plaży. Duży, czysty – dosłownie takie małe miasteczko.
Wenecja
Na następny dzień śniadanie, wymeldowanie i zamierzamy zwiedzić do południa Wenecję. Pogoda nam się trochę popsuła, bardzo się ochłodziło i niebo zaciągnęło się nisko wiszącymi chmurami.
Aby się dostać do Wenecji pojechaliśmy do Punta Sabbioni, skąd po zaparkowaniu samochodu przesiedliśmy się na prom (zdjęcie). Aby tam się dostać należy dojechać do samego końca, prawie do przystani promowej, gdzie są parkingi. Koszt pozostawienia samochodu na cały dzień, o ile mnie pamięć nie myli, to 6 €. Można ewentualnie zostawić samochód na poboczu drogi jak robią to niektórzy kierowcy, ale wiąże się to z ryzykiem, że zastaniemy blokadę na kole, albo w najlepszym razie papierek (mandacik) za wycieraczką.
Promy odpływają co pół godziny, a droga do Wenecji trwa około 45 min. Koszt to 6 € od osoby tam i z powrotem. Prom po drodze przybija do jednych z wysp a następnie cumuje zaraz koło placu Św. Marka (zdjęcie).
Po dopłynięciu poszliśmy zwiedzić bazylikę Św. Marka. Kolejka była jak zwykle (zdjęcie) długa, ale nie należy się tym przejmować – posuwa się bardzo szybko. Samo wejście jest za darmo – oczywiście obowiązuje odpowiedni ubiór. Opłaty uiszcza się dopiero wewnątrz za zwiedzanie poszczególnych części bazyliki. My zdecydowaliśmy się tylko na zwiedzenie wieży skąd można zobaczyć wnętrze z góry (zdjęcie ), jak i słynne konie, których oryginały schowane są wewnątrz – na zewnątrz wystawione są ich kopie.
Wejście na górę kosztuje 3 € od „głowy”.
Po wyjściu skierowaliśmy się do Campanile – wieży, która stoi zaraz koło bazyliki. Można z niej podziwiać widok na samą bazylikę jak i Wenecję (zdjęcie ) oraz ujście Canal Grande i zatokę (zdjęcie). Wjeżdża się tam windą (koszt 6 €) i na górze należy liczyć się z dosyć silnym wiatrem – dlatego warto mieć pod ręką jakąś kurtkę - jeżeli jest to wiosna albo jesień.
Jeżeli myśli się o zwiedzaniu Wenecji dobrze jest posiadać jakąś mapę – bez niej trafienie do wyznaczonego celu może sprawić trochę kłopotu. Oznakowania czasami się zdarzają, ale bardzo często ich brakuje. Idąc wąskimi uliczkami i przez kilkadziesiąt mostków (zdjęcie) dotarliśmy do mostu Rialto (zdjęcie), gdzie oczywiście jak wszędzie kłębił się tłum turystów. Tak przy okazji – dobrze w takich miejscach pilnować kieszeni i torebek. Na kanale, który stanowi główną arterię miasta uwijały się wszelkiego rodzaju motorówki (zdjęcie). Stanowią one jedyny środek lokomocji w mieście gdzie brak jest dróg. Czy to dostawy do sklepów, czy materiałów na budowę - wszystko dowożone jest łodziami. Nawet zwykły dojazd do domu może odbywać się łodzią (zdjęcie).
I tak około południa kierujemy się w stronę Św. Marka aby promem dostać się z powrotem do samochodu. Jakie było nasze zaskoczenie gdy dotarliśmy do placu, a tu wody po kolana (zdjęcie). Wtedy okazało się do czego służą pomosty, które były porozstawiane na całym placu. A najlepsze było to, że całym ruchem kierowała policja (zdjęcie), słychać było tylko ponaglenia aby nie blokować przejść. Po około godzinnym przedzieraniu się przez tłum ludzi dotarliśmy do przystani skąd popłynęliśmy do Punta Sabbioni.
Koło 14:00 zapakowaliśmy się do samochodu i w drogę do domu. Musiałem jeszcze tylko uzupełnić paliwo i tu pojawił się problem, bo Włosi od 13 do 15 mają sjestę i wszystkie stacje były pozamykane. Podejrzewam, że na autostradzie tak nie jest, ale my byliśmy na bocznej drodze i dalej z powodu braku paliwa jechać się nie dało. Koło Jesolo zostaliśmy zmuszeni do zrobienia półgodzinnej przerwy, aż stacja została otwarta (była 14:30 – i pusto w zbiorniku).
Po zatankowaniu 18 litrów ruszyliśmy w powrotną drogę. Zatankowaliśmy tylko 18 l ponieważ tyle potrzebowaliśmy aby dojechać do Słowenii, gdzie zamierzaliśmy dokupić tańsze paliwo.
Wracaliśmy podobnie jak podczas drogi w tamtą stronę, z tym że teraz nie wracałem do SS 14 tylko SP 42 a potem SP 68 do Portogruaro. Tym sposobem skróciłem trochę drogę, a poza tym ominąłem zawsze dosyć zatłoczoną SS 14. Potem, tak jak poprzednio, SS 463 i SS 13 do Tarvisio. Zaczął padać deszcz i czym bliżej granicy austriackiej tym opady były coraz bardziej intensywne. Włochy tak jak powitały nas deszczem, tak nas i żegnały. W Tarvisio zjechaliśmy do miasta, aby dostać się do granicy ze Słowenią. Po przekroczeniu granicy zatankowanie do pełna i do kanistra (10 litrów), aby starczyło do samej Polski. Deszcz przestał padać, było tylko dosyć zimno, a po przekroczeniu przełęczy i wjechaniu do Austrii pogoda zupełnie się poprawiła.
I tak po długiej drodze koło 2:30 docieramy do Chyżego, gdzie dotankowuje 13 litrów aby dotrzeć do Krakowa. W Krakowie meldujemy się o godzinie 3:30 po 3930 km od wyjechania z domu.
W celu oglądnięcia wszystkich zdjęć zapraszam do galerii